Pokazywanie postów oznaczonych etykietą komentarz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą komentarz. Pokaż wszystkie posty

piątek, 31 marca 2017

Pomysł ministerstwa na parkingi w miastach

„9 zł za godzinę parkowania w centrach miast” – podniosła alarm część mediów, a poseł Piotr Liroy-Marzec pyta ministra Mateusza Morawieckiego o co chodzi. W jednych odzywa się obawa, że szykuje się poważna podwyżka dla kierowców, a drudzy już zacierają ręce, że będą mogli podreperować budżety miast. Jednak istota projektu ministerstwa polega na czym innym.


Ministerstwo Rozwoju skierowało do konsultacji społecznych projekt ustawy o zmianie ustawy o partnerstwie publiczno-prywatnym oraz niektórych innych ustaw. Jedną z tych innych ustaw jest ustawa o drogach publicznych, w której uregulowana jest m.in. kwestia opłat za postój w strefach płatnego parkowania (SPP). Projekt ustawy przewiduje utworzenie dodatkowego rodzaju SPP, który mógłby być ustanawiany w miastach o liczbie ludności powyżej 200 tys. mieszkańców na obszarach funkcjonalnego śródmieścia. Maksymalna wysokość opłat w nowym rodzaju strefy mogłaby wynosić trzykrotność maksymalnej stawki obowiązującej w zwykłych SPP. Ponieważ maksymalna stawka w zwykłej SPP może wynosić 3 zł, to maksymalna stawka w „śródmiejskiej” SPP mogłaby wynosić nawet 9 zł.

O czym trzeba pamiętać mówiąc o proponowanych przez Ministerstwo Rozwoju zmianach? Po pierwsze, zmiany nie będą dotyczyć zwykłych SPP, w których wszystko ma pozostać tak jak dotychczas. Po drugie, wpływy z opłat będą zasilać budżety miast, a nie budżet centralny. Po trzecie, to samorządy mają decydować zarówno o granicach „śródmiejskiej” SPP, o czasie jej obowiązywania, a także o wysokości opłat. Zatem to od władz samorządowych będzie zależało, czy „śródmiejska” SPP będzie obejmowała np. jedną ulicę w mieście, czy może cały obszar funkcjonalnego śródmieścia. Władze samorządowe mają decydować, czy „śródmiejska” SPP ma obowiązywać przez 7 dni w tygodniu przez 24 godziny na dobę, czy może kilka godzin w wybrane dni tygodnia. To również samorząd będzie decydować o tym, czy różnicować opłaty w poszczególnych rejonach „śródmiejskiej” SPP i jaka ma być ich wysokość, np. można ustalić, że w jednym miejscu stawka będzie wynosiła 7 zł, w drugim 5 zł, a w trzecim 4 zł. Jeśli projekt tej ustawy wejdzie w życie, to władze samorządowe mogą uzyskać elastyczne narzędzie służące do realizacji rozsądnej polityki parkingowej.

Ministerstwo chciałoby dać samorządom narzędzie, ale w jaki sposób one to narzędzie wykorzystają będzie zależało od woli politycznej lokalnych władz i tutaj oczywiście istnieje pewne ryzyko, że niektóre samorządy „zaszaleją” i nie wykorzystają danych możliwości racjonalnie, lecz potraktują to jedynie jako okazję do zwiększenia wpływów budżetów miast lub jako straszak na kierowców. Na proponowane przez ministerstwo zmiany można spojrzeć w odpowiedni sposób dopiero po uwzględnieniu kontekstu, czyli całego projektu ustawy. Według założeń projektodawcy głównym celem proponowanych zmian jest pobudzenie kapitału prywatnego w realizację inwestycji publicznych, co ma nastąpić m.in. poprzez usunięcie barier prawnych i podatkowych. Gdzie zatem należy się dopatrywać pobudzenia kapitału prywatnego w aspekcie parkowania w centrach miast? Odpowiedź daje następujący fragment uzasadnienia: Zagospodarowanie dzielnic centralnych w dużych miastach wymaga uwolnienia przestrzeni na rzecz ruchu pieszego i rowerowego oraz jednoczesnego wygospodarowania miejsc postojowych poza ciągami ulic i placami miejskimi. Zatem kapitał prywatny ma być zaangażowany do wygospodarowania miejsc postojowych, czyli do budowy parkingów poprzez partnerstwo publiczno-prywatne z lokalnymi samorządami.

Partnerstwo publiczno-prywatne ma służyć tworzeniu infrastruktury umożliwiającej świadczenie usług publicznych. Parkingi niewątpliwie są przykładem tego rodzaju infrastruktury, jednakże od jakiegoś czasu barierą w realizacji takich przedsięwzięć z udziałem inwestorów prywatnych stała się zbyt niska opłacalność. W sytuacji, w której parkowanie jest bezpłatne kierowca będzie szukać miejsca postojowego jak najbliżej celu swej podróży, a do stawiania samochodu na płatnym parkingu może go skłonić jedynie brak wolnych miejsc przy krawężnikach. Gdy mamy do czynienia z SPP, wtedy do korzystania z parkingów może zachęcić niższa cena. Jeśli godzina postoju na parkingu kosztowałaby 3 zł, a godzina postoju w SPP wynosiłaby 4 zł, wtedy większa liczba kierowców wybierałaby parking. W obecnej sytuacji, gdy maksymalna cena w SPP wynosi 3 zł, właściciel parkingu musiałby oferować cenę 2 zł, a taka relacja cenowa w ocenie inwestorów prywatnych jest nieopłacalna, gdyż nie rekompensuje kosztów budowy i utrzymania parkingu. Efekt widzimy gołym okiem – parkingi powstają jedynie tam, gdzie są centra handlowe, biurowe lub powstają nowe mieszkania.

Widzę sens tworzenia „śródmiejskich” SPP, ale nie po to, by zniechęcać kierowców do wjeżdżania do centrów miast lub zwiększać wpływy do budżetu, lecz po to, aby tworzyć infrastrukturę parkingową w ramach partnerstwa publiczno-prywatnego. Zgadzam się z tym, że centra miast są atrakcyjniejsze, jeśli nie są zastawione parkującymi na chodnikach samochodami, ale w zamian trzeba gdzieś znaleźć dla nich porządne miejsca do parkowania. Uważam, że być może należałoby skorygować ten projekt w taki sposób, żeby ustawa obligowała samorządy do tego, aby pieniądze uzyskiwane z opłat za parkowanie w „śródmiejskiej” SPP były w całości przeznaczane na inwestycje w infrastrukturę parkingową na obszarze funkcjonalnego śródmieścia. Natomiast jak chodzi o wizję nieuzasadnionego windowania cen przez władze samorządowe, to tutaj bezpiecznikiem może być świadomość… zbliżających się wyborów. Tymczasem projekt ustawy jest dopiero konsultowany, a przed nim jest jeszcze cała ścieżka legislacyjna, w trakcie której będzie można dokonywać poprawek.

czwartek, 9 marca 2017

Żona prezydenta Jaśkowiaka jest wkurw...

Pani Joanna Jaśkowiak 8 marca występowała na strajku feministek w Poznaniu. Jej udział był zapowiadany w mediach. Dlaczego? Przecież nie jest szefową żadnej organizacji feministycznej ani politykiem. Organizatorzy manifestacji przewidzieli ją w programie dlatego, że jest żoną swojego męża, czyli prezydenta Jacka Jaśkowiaka. Największą uwagę w jej przemowie zwróciło sformułowanie „jestem wkurw…”.

Uważam, że wypowiadanie się w taki sposób nie przystoi osobom, które chcą uchodzić za kulturalne, które sprawują reprezentacyjne funkcje i powinny świecić przykładem. To sformułowanie zostało użyte z rozmysłem – na nagraniach widać, że przemówienie było wcześniej przygotowane, bo pani Jaśkowiak odczytała je z kartki. Być może pani prezydentowa chciała się w ten sposób dostosować do poetyki tego protestu, gdzie nie brakowało agresji i wulgarności, może chciała wypaść wiarygodnie i wzmocnić poczucie przynależności do grupy. Na miejscu pani Jaśkowiak, która z zawodu jest notariuszem, zanim wygłosiłbym tego typu przemówienie to sprawdziłbym czy obowiązuje jeszcze art. 141 Kodeksu wykroczeń.

Natomiast jak chodzi o treść przemówienia pani prezydentowej, to trudno odnaleźć w nim jakiekolwiek rzeczowe argumenty. Jej emocjonalne słowa były skierowane przeciwko rządowi PiS. Warto przypomnieć, że rządem tym kieruje kobieta, że kobieta wdrożyła prorodzinny program 500+, że kobieta przeprowadza reformę edukacji. Dla Prawa i Sprawiedliwości liczy się faktyczna praca dla Polski i Polaków, a nie parytety płci.

środa, 18 stycznia 2017

Dwukadencyjność władz wykonawczych w gminach

Jacek Jaśkowiak jest zwolennikiem dwukadencyjności władz wykonawczych w gminach, ale jeśli to samo zdanie wyraża Jarosław Kaczyński, to prezydent Poznania nie potrafi przyznać mu racji, tylko na siłę szuka zaczepki i stroszy piórka, ponieważ chce innym pokazać jak bardzo się we wszystkim różni od prezesa PiS.



To z jednej strony pokazuje, jak uproszczonym rozumowaniem kieruje się prezydent Poznania, a także obrazuje metodę działania części opozycji - czegokolwiek nie zrobi Prawo i Sprawiedliwość, zawsze będzie twierdzić, że jest źle.

Uważam, że uprawianą niemal na każdym kroku publicystyką polityczną to właśnie pan Jaśkowiak próbuje odwrócić uwagę od swojej nieudolności w zarządzaniu miastem (miliony złotych dofinansowania na inwestycje przemykają Poznaniowi koło nosa).

A wracając do tematu dwukadencyjności – postulat ten już wiele lat temu znalazł się w programie Prawa i Sprawiedliwości (czytaj niżej) i jest popierany przez większość społeczeństwa. To dobrze, że wreszcie partia rządząca w kraju - Prawo i Sprawiedliwość, chce ten postulat zrealizować i nawet pan Jaśkowiak powinien temu przyklasnąć.

Fragment z programu Prawa i Sprawiedliwości 2014 (s. 53-54):

"Dążąc do poprawy jakości demokracji lokalnej, spełnimy coraz powszechniejszy postulat ustawowego ograniczenia w czasie - do dwóch kadencji - nieprzerwanego pełnienia tej samej funkcji przez wójtów, burmistrzów i prezydentów miast; po przerwie trwającej co najmniej jedną kadencję zainteresowana osoba będzie mogła kandydować na to samo stanowisko ponownie. Rozwiązanie to będzie reakcją na powstawanie w wielu miastach i gminach wiejskich spetryfikowanych układów władzy, sprzyjającym różnym nieprawidłowościom".


W tej sprawie wypowiedziałem się dla TVP3 Poznań. Materiał dostępny jest TUTAJ.

poniedziałek, 4 lipca 2016

Zaciśnięta pięść kontra Poznańskie Krzyże

Tak bardzo nam zależy, aby Poznański Czerwiec 1956 r. był należycie uczczony, aby jego historia trafiła do świadomości jak najszerszych rzesz Polaków. Tymczasem zamiast o Romku Strzałkowskim, najmłodszej ofierze tego poznańskiego buntu antykomunistycznego, kraj usłyszał o Jacku Jaśkowiaku, prezydencie Poznania, nieformalnym liderze wielkopolskiego KOD-u, który coraz bardziej upodabnia się do skandalisty Palikota. 

Reżyserem profanacji 60. rocznicy Poznańskiego Czerwca był niestety prezydent Jaśkowiak. Wskazuje na to szereg jego posunięć. W 1956 r. robotnicy poznańskich zakładów pracy wyszli na ulice przeciw zbrodniczym i narzuconym z zewnątrz władzom komunistycznym, aby upomnieć się o godność, wolność, respektowanie ich pracowniczych praw, poprawę sytuacji ekonomicznej oraz uszanowanie religii katolickiej. Tymczasem pan Jaśkowiak dokonał swoistej reinterpretacji tej rocznicy, dodając do niej polityczne treści wygłaszane na manifestacjach KOD-u. Wszystko po to, aby stworzyć fałszywą analogię, że rządy PiS to rzekomy autorytaryzm, narodowy socjalizm i faszyzm – jednym słowem „kaczyzm”. Rocznica Czerwca ‘56 stała się zatem pretekstem do zorganizowania kolejnego antypisowskiego wiecu. Była to zachęta do tego, aby w Poznaniu urządzić majdan. Temu miało służyć podgrzewanie emocji przez pana Jaśkowiaka. Niestety w ten sposób podeptał również pamięć o tragicznych ofiarach wydarzeń, które miały miejsce 60 lat temu w Poznaniu.

Prezydent Poznania już kilka tygodni przed uroczystościami zapowiadał, że wykorzysta fakt, iż w uroczystościach weźmie udział prezydent Polski, Andrzej Duda, i wygłosi przemówienie, w którym zamierza krytykować obecne władze państwowe. Pomimo apeli kierowanych ze strony radnych PiS, aby nie wykorzystywał tej rocznicy do bieżącej walki politycznej, która nijak się ma do problematyki samorządowej ani do celebrowania tej okrągłej rocznicy, prezydent Jaśkowiak dopiął swego. Wystarczy porównać pełne aluzji politycznych i utrzymane w stylistyce KOD-owskiej przemówienie Jacka Jaśkowiaka, z odnoszącym się do historii Poznańskiego Czerwca przemówieniem Andrzeja Dudy, prezydenta RP. Ale cofnijmy się jeszcze do innych wydarzeń.

Prezydent Jaśkowiak twarzą obchodów 60. rocznicy Czerwca ’56 uczynił panią Aleksandrę Banasiak, która od 1992 r. jest prezesem stowarzyszenia „Poznański Czerwiec 56” i była członkiem komitetu honorowego tegorocznych obchodów. W czasie tragicznych wydarzeń czerwcowych była pielęgniarką ze szpitala im. Franciszka Raszei, która demonstrantom ratowała życie i zdrowie. Niewątpliwie należy jej się za to ogromny szacunek. Dlaczego jednak prezydent Poznania eksponował wyłącznie jej osobę? Być może znaczenie miało to, że pani Aleksandra Banasiak od lat oficjalnie popiera Platformę Obywatelską, że w 2007 r. kandydowała do Sejmu z list tej partii i często przychodzi na KOD-owskie manifestacje, na których nieraz już zabierała głos. Tymczasem środowisko kombatantów Poznańskiego Czerwca to nie tylko pani Banasiak – działają jeszcze dwa inne stowarzyszenia skupiające czerwcowców. Wielu z nich nie utożsamia się z jej poglądami politycznymi.

Kolejnym przykładem eksponowania przez Jacka Jaśkowiaka osób kojarzonych z KOD-em jest zaproszenie na obchody Lecha Wałęsy, byłego prezydenta RP, który oficjalnie popiera tę formację i w niewybredny sposób nawołuje do walki z PiS. Postać Wałęsy budzi duże kontrowersje, przede wszystkim w związku z udowodnioną współpracą ze służbami PRL, ale także z zahamowaniem przez niego procesu dekomunizacji, gdy był prezydentem Polski, oraz w związku z osobliwymi zachowaniami i wypowiedziami mającymi miejsce w ciągu ostatnich kilku lat. Skoro został zaproszony jako były prezydent, to dlaczego na obchodach nie było Bronisława Komorowskiego i Aleksandra Kwaśniewskiego? No tak, ale gdyby na uroczystości obecni byli jeszcze dwaj inni eksprezydenci, to wtedy trudniej byłoby udzielić głosu wszystkim trzem. A może trzeba by wtedy wspomnieć również ś.p. Lecha Kaczyńskiego? Zaproszenie Lecha Wałęsy na obchody Poznańskiego Czerwca można uznać za kolejną porcję oliwy dolanej do ognia.

Jednakże najbardziej do podgrzania negatywnych emocji prezydent Poznania wykorzystał sprawę odbywającego się według wojskowego ceremoniału apelu pamięci, który pierwotnie miał mieć miejsce na głównych uroczystościach pod Poznańskimi Krzyżami. W apelu tym, zgodnie z przepisami oraz z podjętą wiele miesięcy wcześniej decyzją ministra obrony, Antoniego Macierewicza, miały być wspomniane ofiary katastrofy smoleńskiej. W mojej ocenie wspomnienie w apelu pamięci również tych, którzy zginęli w czasie innych wydarzeń niż to, którego dana uroczystość dotyczy, dla nikogo nie powinno być bulwersujące. Tutaj jednak najistotniejszy był sposób, w jaki prezydent Jaśkowiak wyraził swój sprzeciw. Ze sprawy apelu i udziału w uroczystościach wojska uczynił widowisko. Gdyby był odpowiedzialnym prezydentem miasta, szukałby kompromisowego rozwiązania i dążyłby do wyciszenia emocji społecznych. Tymczasem pan Jaśkowiak okazał się harcownikiem – wpierw głośno wyraził swój sprzeciw w tej sprawie w mediach społecznościowych, potem napisał list do ministerstwa obrony, który oczywiście zaraz upublicznił, następnie udał się do programu Tomasza Lisa, aby nadać tematowi rozgłos w całym kraju, wreszcie zwołał specjalną konferencję prasową, na której oświadczył, że rezygnuje z wojskowej asysty na uroczystościach. Jakby tego było mało wysłał jeszcze pismo do dowódcy Garnizonu Poznań, w którym mimo wcześniejszej rezygnacji namawiał wojsko do udziału w uroczystościach pod Poznańskimi Krzyżami, ale bez odczytywania apelu pamięci i oczywiście ten list także upublicznił. W tym kontekście incydent związany z decyzją gabinetu prezydenta Poznania o niewpuszczeniu orkiestry wojskowej na główne uroczystości jest kompletnie niezrozumiały. Skutkiem tej decyzji był skandal dyplomatyczny wywołany nieodegraniem hymnu Węgier, pomimo obecności na uroczystościach prezydenta tego kraju, Janosa Adera.

Z efektami działań pana Jaśkowiaka mogliśmy się zapoznać na placu pod Poznańskimi Krzyżami. W pobliżu strefy VIP oraz kamer telewizyjnych zgromadziła się zorganizowana grupa osób wyposażona w czerwone kartki, egzemplarze Konstytucji, gwizdki i trąbki (wuwuzele), a więc przedmioty, które raczej nie służą do klaskania. Gdy na miejsce przybył Lech Wałęsa, w geście poparcia grupa ta zaczęła skandować jego imię i nazwisko. Gdy z kolei przybył na plac Andrzej Duda, wtedy zaczęli buczeć, gwizdać i skandować inne hasła. Również wtedy, gdy Andrzej Duda wygłaszał swoje przemówienie, w którym oddawał hołd poległym poznaniakom, zachowywali się tak samo – niemal cały czas go przekrzykiwali i usiłowali zagłuszyć, skandowali m.in. „Konstytucja”, „Wolny Poznań” oraz niecytowalne inwektywy. Tak samo zachowywali się, gdy Piotr Gliński odczytywał list od premier Beaty Szydło oraz pod koniec przemówienia przewodniczącego wielkopolskiej „Solidarności”, Jarosława Lange. Jacek Jaśkowiak, mimo tego, że był gospodarzem i głównym organizatorem tych uroczystości, mimo tego, że sam zaprosił do Poznania prezydenta Polski, ani razu nie podjął próby, aby uspokoić skandujących – tej grupy, która jemu biła gromkie brawa, a więc jego zwolenników. W rezultacie na zagłuszające wrzaski KOD-owców zaczęli odpowiadać zwolennicy prawej strony sceny politycznej. Szczególnie aktywni i słyszalni byli kibice, część z nich nawet wmieszała się w grupę KOD-owców, aby przeszkodzić im w hałasowaniu. Emocje były już jednak tak duże, że i Jacek Jaśkowiak, i Lech Wałęsa również byli zagłuszani przez swoich przeciwników. Niezagłuszane były jedynie przemówienia prezydenta Janosa Adera i Aleksandry Banasiak.

Niestety, główne uroczystości 60. rocznicy Poznańskiego Czerwca zostały zakłócone. Gdy pod koniec uroczystości przechodziłem obok prezydenta Jaśkowiaka, nie widziałem na jego twarzy smutku. Wręcz przeciwnie, był z siebie bardzo zadowolony, a kilka osób nawet do niego podeszło i mu gratulowało. Dwa dni po uroczystościach Jacek Jaśkowiak wydał oświadczenie, w którym usprawiedliwiał krzyki kierowane w stronę Andrzeja Dudy i Piotra Glińskiego. Całą odpowiedzialność za wywołanie negatywnych emocji zrzucił na ministra Macierewicza, PiS oraz prawicowe organizacje. Jacek Jaśkowiak zapisze się w historii miasta, jako człowiek, który sprofanował ważną dla Poznania rocznicę, który nie miał skrupułów, aby doniosłe święto zamienić w polityczny wiec. Być może liczył na to, że ta uroczystość zamieni się w antypisowski majdan. Na szczęście do niczego takiego nie doszło.

Dodam, że dla mnie ofiary Poznańskiego Czerwca zostały godnie uczczone w czasie wcześniejszych uroczystości – pod bramą główną HCP, pod pomnikiem przy budynku prokuratury na ul. Hejmowskiego, pod pomnikiem na ul. Kochanowskiego, przy dawnej zajezdni na ul. Gajowej, przy pomniku na ul. Roboczej, w budynku Politechniki Poznańskiej, przy bramie do dawnej hali W3. Nikt tam nie buczał, nie trąbił i nie skandował – bo nikt nie urządzał tam politycznego wiecu.

Na koniec wspomnieć chcę również o inicjatywie pod nazwą Wielkopolska Prawica zrzeszającej przedstawicieli różnych organizacji społecznych i politycznych. Zaznaczyła ona swoją obecność w sposób pozytywny, m.in. eksponowała transparent o treści "Wielkopolska Prawica w hołdzie powstańcom Czerwca '56" oraz transparent odnoszący się do przyjaźni polsko-węgierskiej. Delegacja Wielkopolskiej Prawicy składała również kwiaty pod pomnikiem przy bramie głównej HCP. Uważam, że właśnie w taki sposób organizacje społeczne i polityczne powinny uczestniczyć w tak szczególnych wydarzeniach, jakimi są ważne rocznice.

grafiki i fotografia: poznan.pl, Wielkopolska Prawica

sobota, 18 czerwca 2016

Sześciolatki i rząd PiS winne kłopotom w poznańskiej oświacie?


Wywodzące się z PO władze Poznania co jakiś czas uprawiają antyrządową retorykę, krytykując wprowadzoną przez PiS reformę dotyczącą sześciolatków, a dokładnie przywrócenie prawa rodzicom sześciolatków do decydowania o tym, czy posłać dziecko do szkoły, czy też pozostawić w przedszkolu. Włodarze miasta już kilka razy starali się przedstawić sytuację w oświacie w ciemnych barwach w taki sposób, aby wyglądało na to, że wina spoczywa na rządzie PiS.

Na początku tego roku rządzący Poznaniem krytykowali wspomnianą reformę mówiąc, że przez sześciolatki, które zostaną w przedszkolach zabraknie w tych placówkach edukacyjnych miejsc aż dla 3.500 trzylatków. Po zakończeniu rekrutacji do przedszkoli, a więc w kwietniu, okazało się, że już ok. 1.000 zgłoszonych trzylatków nie pójdzie do przedszkola, czyli dużo mniej niż zapowiadano. Należy tu dopowiedzieć, że ta sytuacja nie wynikała z braku miejsc, ale z terytorialnego niedostosowania do potrzeb sieci przedszkoli – wolne miejsca były, ale rodzice musieliby jeździć z dziećmi na drugi koniec miasta. W nieco mniejszej skali ten sam problem istniał także w latach ubiegłych – przypomnę, że rok wcześniej miejsce w przedszkolach znalazło nie 100%, ale 87% zapisanych trzylatków, a był to rok, w którym wolnych miejsc w przedszkolach powinno być najwięcej, gdyż wtedy zaczynał wchodzić w życie narzucony przez rząd PO-PSL obowiązek posyłania sześciolatków do szkół.

W czerwcu część mediów obiegła elektryzująca wiadomość, że w Poznaniu pracę straci aż 500 nauczycieli. Komunikat był taki, że stan ten miał być spowodowany sytuacją demograficzną oraz pisowską reformą oświaty, przy czym większość miejsca zajęły oceny piętnujące rzekomo „nieodpowiedzialną politykę rządu PiS”. Dla przeciętnego Kowalskiego przekaz był następujący – "przez PiS pracę w Poznaniu straci 500 nauczycieli". W związku z tymi doniesieniami medialnymi przewodniczący Komisji Oświaty i Wychowania w Radzie Miasta Poznania, Przemysław Alexandrowicz (PiS) poprosił Wydział Oświaty Urzędu Miasta Poznania o przedstawienie szczegółowych danych. I co się okazało?

Biorąc pod uwagę rozwiązania stosunku pracy wynikające z ograniczenia zatrudnienia, wypowiedzeń, nieprzedłużania umów oraz z innych niezależnych od nauczycieli przyczyn, to w szkołach podstawowych liczba etatów nauczycielskich zmniejszyła się o 126. Dla porównania, w gimnazjach liczba ta wyniosła 106 etatów, w liceach 75, a w szkołach zawodowych, zawodowych specjalnych i artystycznych 103. Zmniejszyła się również liczba etatów w przedszkolach o 43. Zatem już nie 500 nauczycieli należało uwzględnić przy rozliczaniu pisowskiej reformy, ale 126 – różnica ogromna. Należy wziąć również pod uwagę fakt, że liczba 126 etatów w szkołach podstawowych obejmuje nie tylko nauczycieli klas 1-3, ale także klas wyższych, zatem rzeczywista kwota
etatów  zredukowanych z powodu reformy jest jeszcze mniejsza. Ponadto urzędnicy z Wydziału Oświaty przyznali, że przedstawione liczby do września okażą się niższe, gdyż, jak co roku, część osób idzie na urlopy zdrowotne, a część zmienia miejsce zatrudnienia nie informując o tym wcześniej zwierzchników.

Nie słyszałem, aby uwzględniano przy tej okazji jeszcze jeden czynnik wpływający na zatrudnienie nauczycieli w Poznaniu. Jest nim systematyczne zmniejszanie się liczby mieszkańców naszego miasta spowodowane migracją do ościennych gmin. To w dużej mierze rejonowe placówki oświatowe, szczególnie te w wyludniającym się centrum miasta, mają największe problemy z rekrutacją uczniów, a co za tym idzie brakuje etatów dla nauczycieli. I może władzom Poznania wygodniej jest znaleźć kozła ofiarnego w postaci rzekomo „nieprzemyślanej polityki rządu PiS”, zamiast mówić o skutkach trwającej od wielu lat tendencji wyludniania się naszego miasta. Łatwo jest pokrzyczeć na „kaczystów” na manifestacjach, trudniej jest skutecznie powstrzymać migrację mieszkańców. Łatwo jest ponarzekać na konferencjach prasowych na rząd PiS w sprawie braku miejsc dla trzylatków, trudniej jest dostosować sieć przedszkoli do potrzeb poznaniaków. Cóż, taką taktykę walki z PiS przyjęła PO w Poznaniu. Nie twierdzę, że ta reforma dotycząca sześciolatków we wszystkich aspektach przebiega bezboleśnie, ale pamiętajmy, że rząd PiS w interesie dzieci i ich rodziców
musiał podjąć działania naprawcze po edukacyjnych eksperymentach wdrażanych przez koalicję PO-PSL

fot. Krystian Maj / Agencja FORUM

piątek, 18 marca 2016

Przeglądam dzisiejszy poznański "GazWyb": sondaż i Nina Nowakowska

1. Taka króciutka notka na pierwszej stronie dzisiejszej "Gazety Wyborczej" na temat sondażu poparcia dla partii politycznych.


Czy oni próbują coś nieudacznie zasugerować? Bo zestawienie tych akapitów dowodzi, że diagnozy tej gazety są kompletnie oderwane od rzeczywistości. Niemoc? Rozpacz? "Gazeta" sobie, naród sobie?

2. W dodatku poznańskim wywiad z Niną Nowakowską (byłą już redaktorką Radia Merkury). Kolejna dziennikarka z mediów publicznych, której "nie było wszystko jedno", dlatego "Wyborcza" roni łzy po jej odejściu z radia. Po kilku minutach prowadzonych przez nią audycji można się było domyślić jakie ma poglądy polityczne. W sumie wywiad z nią świetnie pokazuje kierunek, w jakim powinny następować zmiany w mediach publicznych: dopuścić więcej młodszych dziennikarzy, którzy potrafią zachować obiektywizm lub chociażby równo traktować gości z różnych stron sceny politycznej.

Na fotografii pani Nowakowska na manifestacji KOD. Źródło: poznańska "Gazeta Wyborcza".

W wywiadzie pani Nowakowska stwierdza m.in.: "Ale tak źle jak teraz, jeszcze nigdy się nie czułam. W stanie wojennym wszystko było jasne, wiedzieliśmy, czego oczekiwać po drugiej stronie. W tej chwili czuję bezsilność i upokorzenie. I nie mówię tu o swojej osobistej sytuacji, ale o takich ludziach jak ja, którym wydawało się, że żyją w normalnym i stabilnym państwie".

Ta pani, w tych "strasznych pisowskich czasach" na własne życzenie zrezygnowała z pracy. Chciała uprzedzić domniemane działania nowego prezesa Radia Merkury, który miałby panią redaktor zwolnić lub "przesunąć na inny odcinek". Uważa, że w latach 1981-1983 czuła się lepiej niż obecnie? W stanie wojennym była godzina policyjna, wojsko na ulicach, opozycjonistów pałowano i mordowano, wolność słowa była tylko w mediach podziemnych, a na półkach były pustki. No tak, ale "wiedzieliśmy, czego oczekiwać po drugiej stronie".

I jeszcze jeden cytat. Na pytanie redaktora, dlaczego mimo tych wszystkich strasznych rzeczy, które dzieją się w Polsce, PiS nadal ma wysokie sondaże, odpowiada: "Są dwa powody: media i Kościół katolicki. Przeciętny wyborca spoza dużego miasta jest skazany na to, co mówią media publiczne, a konkretnie 'Wiadomości'. A tam dziś sączy się tylko PiS-owski przekaz. Natomiast nastawienie przeważającej części biskupów i księży jest dziś prorządowe. I to słychać na ambonach i w katolickich mediach".
 
No tak, jaki świat był piękny, gdy i media komercyjne, i media państwowe sączyły społeczeństwu tę samą lewicowo-liberalną narrację. Tylko Jan Pospieszalski przez te lata się uchował, ale za to miał miejsce na TVP Info w okolicy godziny 23:00. Aha, a w Programie Trzecim Polskiego Radia około północy, mniej więcej raz w miesiącu swoją audycję miał Wojciech Reszczyński. Reszta publicystyki była opanowana przez dziennikarzy jawnie sympatyzujących z PO, PSL i SLD.

Jak w mediach publicznych nie ma monopolu lewicowo-liberalnego, to trzeba chodzić na marsze KOD, a pluralizm to samo złooooo. Ot i cała sprawa streszczona w jednym zdaniu.