Pokazywanie postów oznaczonych etykietą feminizm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą feminizm. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 9 marca 2017

Żona prezydenta Jaśkowiaka jest wkurw...

Pani Joanna Jaśkowiak 8 marca występowała na strajku feministek w Poznaniu. Jej udział był zapowiadany w mediach. Dlaczego? Przecież nie jest szefową żadnej organizacji feministycznej ani politykiem. Organizatorzy manifestacji przewidzieli ją w programie dlatego, że jest żoną swojego męża, czyli prezydenta Jacka Jaśkowiaka. Największą uwagę w jej przemowie zwróciło sformułowanie „jestem wkurw…”.

Uważam, że wypowiadanie się w taki sposób nie przystoi osobom, które chcą uchodzić za kulturalne, które sprawują reprezentacyjne funkcje i powinny świecić przykładem. To sformułowanie zostało użyte z rozmysłem – na nagraniach widać, że przemówienie było wcześniej przygotowane, bo pani Jaśkowiak odczytała je z kartki. Być może pani prezydentowa chciała się w ten sposób dostosować do poetyki tego protestu, gdzie nie brakowało agresji i wulgarności, może chciała wypaść wiarygodnie i wzmocnić poczucie przynależności do grupy. Na miejscu pani Jaśkowiak, która z zawodu jest notariuszem, zanim wygłosiłbym tego typu przemówienie to sprawdziłbym czy obowiązuje jeszcze art. 141 Kodeksu wykroczeń.

Natomiast jak chodzi o treść przemówienia pani prezydentowej, to trudno odnaleźć w nim jakiekolwiek rzeczowe argumenty. Jej emocjonalne słowa były skierowane przeciwko rządowi PiS. Warto przypomnieć, że rządem tym kieruje kobieta, że kobieta wdrożyła prorodzinny program 500+, że kobieta przeprowadza reformę edukacji. Dla Prawa i Sprawiedliwości liczy się faktyczna praca dla Polski i Polaków, a nie parytety płci.

wtorek, 15 lipca 2014

„Dzieci Chazana” w Poznaniu

Dziś (15 lipca 2014 r.) przed szpitalem ginekologiczno-położniczym przy ul. Polnej w Poznaniu dwie działaczki TR (Twojego Ruchu) ze Szczecina i z Krakowa przeprowadziły manifestację w ramach akcji „Dzieci Chazana”. Ich dwuosobowa akcja to swoiste tournee mające na celu piętnowanie lekarzy, którzy podpisali się pod tzw. deklaracją wiary. Dzień wcześniej panie były w Wołominie.





Jak widać na zdjęciach, w manifestacji wzięły udział tylko trzy osoby (paniom pomagał jeden lokalny członek TR). Resztę „tłumu” stanowiło kilkunastu dziennikarzy. Jedna z żurnalistek rozpoznała mnie i poprosiła, abym po konferencji nie ulatniał się za szybko.

Mimo tego, że jeszcze przed czasem na miejscu byli reporterzy TVP, Radia Merkury, „Głosu Wielkopolskiego” i innych mediów, to wszyscy musieli cierpliwie czekać, ponieważ organizatorkom zależało na obecności ekipy TVN…

Panie wyposażone były w transparent i duże zdjęcia przedstawiające zdeformowane ciała urodzonych dzieci. Właśnie - „dzieci” - uczestniczki manifestacji użyły tego słowa kilkakrotnie, co jest warte podkreślenia, ponieważ środowiska proaborcyjne przyjęły metodę, aby używać bezosobowych i odczłowieczających sformułowań typu „płód” lub „ciąża”.


W czasie konferencji mówiły o tym, że decyzja o aborcji jest kwestią sumienia kobiety, a nie lekarza, że lekarze, którzy podpisali „deklarację wiary” powinni zrezygnować z uprawiania swojego zawodu, że prawo stanowione jest ważniejsze od prawa boskiego, że celowo ogranicza się kobietom dostęp do informacji na temat stanu zdrowia ich dziecka, że nie powiadamia się ich o tym, że mogą dokonać aborcji i kto może taki zabieg wykonać. Wymieniły z imienia i nazwiska lekarzy ze szpitala przy ul. Polnej, którzy podpisali „deklarację wiary”. Nie omieszkały wspomnieć o tym, że to w Poznaniu miał miejsce, w ich rozumieniu, skandal związany z protestem przeciw spektaklowi „Golgota Picnic”, co miało być niejako dowodem na to, że w Polsce i Poznaniu rządzi Kościół.

Po serii pytań ze strony przedstawicieli mediów, mikrofony i obiektywy zostały skierowane w moją stronę - co, jako wyraziciel poglądów konserwatywnych, myślę na ten temat? Najpierw upewniłem się u dziennikarzy, że organizatorki manifestacji nie są reprezentantkami poznańskiego środowiska. Powiedziałem, że ta manifestacja wywołała we mnie smutek i przerażenie, ponieważ działaczki TR dały jasny przekaz, że życie dziecka chorego, obarczonego defektem psychicznym lub fizycznym jest mniej warte niż życie dziecka zdrowego (podkreśliłem, że użyły wielokrotnie słowa „dziecko”). Dopowiedziałem, że takie dziecko jest według nich bezwartościowe, bo można dokonać na nim aborcji. Nie ma zgody na sytuację, w której jeden człowiek (matka) decyduje o śmierci drugiego (chore dziecko). Z uwagi na to, że panie podkreślały, iż aborcja to sposób na skrócenie cierpienia, powiedziałem, że być może niedługo podobne manifestacje będą urządzać przed klinikami onkologicznymi i będą proponowały cierpiącym pacjentom zażywanie cyjanku dla skrócenia udręki. Nie tylko dla mnie, ale obiektywnie, życie ludzkie stanowi wartość nadrzędną, stojącą wyżej niż specyficznie rozumiana przez te panie wolność. To, co działaczki TR mówiły i sposób w jaki to przedstawiały przypominał jako żywo nazistowskie kampanie przed 1939 rokiem, w których uzasadniano konieczność sterylizacji i eliminacji ze społeczeństwa ludzi niepełnosprawnych psychicznie i fizycznie. Społeczeństwo cywilizowane charakteryzuje się tym, że otacza opieką słabszych, chorych i niepełnosprawnych, a rozwiązywanie problemu poprzez aborcję to cywilizacyjny krok wstecz i barbarzyństwo. I nie chodzi tu nawet o stricte religijny system wartości, ale o wartości humanistyczne. Dodałem, że profesor Chazan robi to, co do niego należy, czyli ratuje ludzkie życie.

Dziennikarze zwrócili uwagę na to, że przecież takie zdeformowane dziecko i tak skazane jest na śmierć. Odpowiedziałem, że nawet gdy dochodzi do ciężkiego wypadku i wiadomo, że ofiara nie pożyje długo, to i tak lekarze przystępują do akcji ratunkowej i walczą o każdy dzień, o każdą minutę, ponieważ życie jest wartością nadrzędną i jest to jak najbardziej zgodne z przysięgą Hipokratesa. Organizowanie tego typu manifestacji przed szpitalem, w którym leżą kobiety spodziewające się dziecka oraz dzieci chore uznałem za szczyt perfidii.

Po wszystkim przedstawiłem się jako członek PiS, co u niektórych dziennikarzy wywołało lekki uśmiech. Potem jeszcze indywidualnie przepytała mnie ekipa z TVN. Na odchodne usłyszałem jak mówili do siebie – „No tak, trzeba się było pokazać”. Odpowiedziałem: „Macie na myśli organizatorki manifestacji zapewne”. Po 20 minutach od rozpoczęcia konferencji wszyscy się rozeszli.

Nasuwa mi się jeszcze jedna refleksja – w manifestacji proaborcyjnej uczestniczyły raptem trzy osoby, a w urządzanym co roku w Poznaniu „Marszu dla życia” bierze udział kilka, kilkanaście tysięcy osób. Nie dajmy się omotać mediom promującym skrajnie lewicowe poglądy, zacznijmy działać i wspierajmy wszystkich tych, dla których ludzkie życie jest wartością nadrzędną!

P.S. Relacje medialne:
- Głos TV
- "Głos Wielkopolski"
- Wirtualna Polska

wtorek, 29 października 2013


Mężczyźni upodobali sobie stosowanie przemocy wobec kobiet. Popycha ich ku temu tradycja judeochrześcijańska, będąca rodzimym wariantem systemu patriarchalnego. Stosują przemoc fizyczną, psychiczną, seksualną i ekonomiczną. Siedliskiem przemocy wobec kobiet jest rodzina. Takie treści możemy znaleźć w publikacji mającej być pomocą przy organizowaniu akcji w Wielkopolsce, w ramach kampanii „16 dni przeciwdziałania przemocy ze względu na płeć”. Powstała ona dzięki dofinansowaniu Województwa Wielkopolskiego. Czy chodzi w niej o pomoc ofiarom przemocy, czy raczej o coś innego?
Kampania „16 dni…” jest częścią międzynarodowej kampanii organizowanej przez Center for Woman’s Global Leadership (CWGL). W tym roku organizacją kampanii w Wielkopolsce zajęło się stowarzyszenie „Konsola”. Projekt uzyskał dofinansowanie ze środków samorządu Województwa Wielkopolskiego w wysokości 25.000 zł („Konsola” wnioskowała o 39.418 zł) w ramach „konkursu ofert na realizację w formie wspierania zadań publicznych Województwa Wielkopolskiego w dziedzinie pomocy społecznej w roku 2013” na zadanie pod tytułem „Wspieranie inicjatyw na rzecz wielkopolskich rodzin”. Jednostką przeprowadzającą konkurs był Regionalny Ośrodek Polityki Społecznej w Poznaniu (ROPS), podległy marszałkowi województwa, natomiast ciałem dokonującym oceny złożonych wniosków była Komisja Konkursowa powołana uchwałą Zarządu Województwa Wielkopolskiego. „Konsola” miała przeznaczyć pieniądze z dotacji m.in. na sfinansowanie szkolenia dla 15 osób (3 spotkania weekendowe) poświęcone antydyskryminacji, przemocy domowej i wolontariatowi (ok. 7.000 zł), na plakaty, ulotki i wydanie 17 egzemplarzy podręcznika (ok. 15.000 zł) oraz na organizację 2-dniowego kursu Wen-Do (metoda samoobrony psychicznej i fizycznej) dla 12 kobiet z Wielkopolski (ok. 3.000 zł). Zapewne dlatego, że kwota dofinansowania była niższa od wnioskowanej, „Konsola” zrezygnowała z założenia strony w Internecie dotyczącej kampanii „16 dni…” (ok. 3.000 zł). Skorzystała jednakże z życzliwości CK Zamek, które udostępniło stowarzyszeniu sale do przeprowadzenia szkoleń za darmo. Można się zastanowić, czy kwota 4.800 zł wynagrodzenia za poprowadzenie 48 godzin zegarowych zajęć teoretycznych z 15 osobami lub 2.400 zł za 16 godzin zajęć samoobrony z 12 osobami nie jest zbyt wygórowana (kwoty pochodzą z wniosku o dofinansowanie), ale to pewnie zależy od tego, z czym prowadzenie takiego kursu porównamy – z godziną pracy nauczyciela czy z godziną pracy wykładowcy na prestiżowej podyplomówce. To tyle, jak chodzi o kwestie finansowe, przejdźmy jednak do zawartości merytorycznej.
Kampania „16 dni…” posiada swój podręcznik, który dostępny jest w Internecie na stronach „Konsoli”. Uwagę zwraca pewien zapis. Otóż pod informacją o tym, że publikacja powstała dzięki współfinansowaniu kampanii ze środków Województwa można przeczytać:Przedstawione w publikacji treści wyrażają poglądy realizatorki projektu i nie mogą być utożsamiane z oficjalnym stanowiskiem Województwa Wielkopolskiego. Nasuwa się zatem pytanie, dlaczego Województwo finansuje kampanię, a od treści zawartych w towarzyszącym jej podręczniku się odcina? Pracownik ROPS wyjaśnił, że publikacja ta powstała już po rozpatrzeniu wniosku i po przyznaniu dofinansowania, gdyż była ona niejako „produktem” organizowanego przez „Konsolę” cyklu szkoleń i Komisja Konkursowa również nie miała fizycznej możliwości zapoznać się z zawartymi w niej treściami – stąd wziął się ten dopisek. Czy do takiego finansowania „w ciemno” powinno dochodzić – niech zastanowią się nad tym radni sejmiku. W każdym razie herb Województwa widnieje w materiałach kampanii i na stronach internetowych uwiarygadniając ją.
W szkoleniu „Konsoli” wzięło udział 15 osób, przy czym chętni do udziału musieli wpierw wypełnić formularz zgłoszeniowy, w którym trzeba było umieścić informacje na temat tego, jaką organizację dana osoba reprezentuje, jaką ma motywację i doświadczenie. Zatem nie było możliwości, aby w kursie wzięli udział przypadkowi ludzie – nie jest to zarzut, ale i nie należy tego faktu pomijać. Publikacja wydana przez „Konsolę” mieści się na niemal 140 stronach. Treść podręcznika przygotowały Magdalena Szewciów (zarządzająca projektem) i Anna Kamińska (prowadziła wszystkie szkolenia dla 15 liderów w CK Zamek). Po spisie treści, 22 pierwsze strony to informacje na temat kampanii „16 dni…” (geneza, tematy, daty), kolejnych 16 stron zawiera informacje, w jaki sposób działać (zdobywanie i przekazywanie informacji, wywieranie nacisku na władze, schemat kampanii), potem 75 stron na temat przemocy (definicja, typy, źródła) i na końcu 20 stron z listą filmów wartych obejrzenia, książek wartych przeczytania, organizacji, z którymi warto wejść w kontakt oraz o samej „Konsoli”.
Wszyscy zgodzimy się co do tego, że przemoc jest zjawiskiem negatywnym, że ofiarom przemocy trzeba udzielać pomocy, a sprawców należy przykładnie karać, jednakże w podręczniku można znaleźć wiele rzeczy, które mogą rodzić pytania, wątpliwości, a czasem nawet sprzeciw.
Autorki publikacji od początku przydzielają role ofiar i sprawców:
…problem przemocy ze względu na płeć nie dotyka w równym stopniu kobiet i mężczyzn. W rzeczywistości dotyczy w zdecydowanej większości kobiet i dziewczynek [s. 10].
Przytaczają także argumenty wskazujące na to, że to mężczyźni są głównymi sprawcami przemocy:
1 kobieta na 5 przynajmniej raz w życiu doświadczyła przemocy ze strony swojego męża/partnera. […] 25% zgłoszonych przestępstw z użyciem przemocy to przemoc wobec kobiet ze strony ich mężów/partnerów. […] Około 70% żeńskich ofiar morderstw zostało zabitych przez swoich partnerów – mężczyzn. […] Kobiety stanowią największą grupę cywilnych ofiar wojen […] (gwałty, przymusowe ciąże, wykorzystywanie seksualne). [s. 11].
W innym miejscu umieszczają także informacje ze statystyk policyjnych (rok 2010): 60% ofiar przemocy domowej to kobiety, 29% to dzieci, a 9% to mężczyźni oraz że 95% sprawców przemocy to mężczyźni, a 5% to kobiety. Również z opisu przejawów przemocy domowej dowiadujemy się, że to mężczyźni wykorzystują dzieci do umacniania władzy nad partnerką [s. 48], tak jakby kobiety od takich praktyk były zupełnie wolne. Dzieci bywają wykorzystywane jako karta przetargowa w sporach między rodzicami (kobietami i mężczyznami), co oczywiście nie powinno mieć miejsca, gdyż cierpią z tego powodu dzieci.
W tym miejscu warto przytoczyć akapit z książki Beaty Gruszczyńskiej „Przemoc wobec kobiet w Polsce. Aspekty prawnokryminologiczne”, na którą powołują się autorki opracowania [s. 47], a w którym możemy przeczytać:
Nie kwestionujemy zdarzeń przemocy kobiet wobec mężczyzn, zwłaszcza że badania w Polsce (podobnie jak badania amerykańskie) wykazały, że mają one miejsce. W badaniach na temat konfliktów w rodzinie na pytanie skierowane do kobiet i mężczyzn: „Czy zdarzyło się, że był Pan/Pani uderzony przez małżonka?” odsetek odpowiedzi twierdzących w przypadku mężczyzn był niewiele mniejszy niż kobiet („Konflikty i nieporozumienia…”, 2002). Jednak, zgodnie z określonym wcześniej celem publikacji, nasza uwaga skupia się na zjawisku przemocy mężczyzn wobec kobiet [„Przemoc…”, s. 24].
W swoim podręczniku autorki podręcznika do kampanii „16 dni…” powołują się na tę książkę, przytaczając tylko te treści, które pasują do ich tezy. Wydaje się, że książki Gruszczyńskiej nie czytały w całości, tylko posłużyły się gotowcem zamieszczonym na stronie Fundacji Autonomia (takie źródło podane zostało w podręczniku). Gdyby przeczytały oryginalną publikację (a powinny, tym bardziej, że występowały w roli ekspertek), być może w niejednym miejscu nie stawiałyby tak radykalnych, jednostronnych i naciąganych tez.
Spośród różnych rodzajów występowania przemocy, autorki koncentrują się na przemocy domowej/przemocy w rodzinie. Można przez to odnieść wrażenie, że rodzina (zwłaszcza „rodzina nuklearna”, czyli rodzice i dzieci) jest jakimś społecznym „jądrem ciemności”, pełnym patologii, gorszym niż jakiekolwiek inne środowisko. Nie poświęciły w swoim opracowaniu miejsca na przemoc w miejscu pracy, czy w miejscach publicznych. Głównie była mowa o przemocy obecnego małżonka/partnera, podczas gdy wiele przypadków przemocy fizycznej i psychicznej ma miejsce ze strony byłych partnerów życiowych, gdzie główną rolę odgrywa aspekt uczuciowy (zawód miłosny, zazdrość, zemsta).
Zdaniem autorek źródłem przemocy nie jest natura (biologiczne i psychologiczne uwarunkowania charakterystyczne dla danej płci lub dla poszczególnych osób), ale wyłącznie kultura (normy, tradycja, wzorce, wartości). Wynika to z genderowej koncepcji, którą można streścić w słowach Simone de Bauvoir „nikt nie rodzi się kobietą, lecz się nią staje”, czyli o naszej tożsamości nie decydują czynniki biologiczne, ale wyłącznie wychowanie, środowisko, kultura. W swojej publikacji autorki zresztą omawiają szeroko takie pojęcia jak „stereotyp”, „gender”:
Przemocowe zachowanie jest wyuczone i celowo stosowane […] [Przemoc domowa] jest ściśle powiązana z płcią kulturową (gender) i zachowaniami wynikającymi z funkcjonujących stereotypów płci – w 95% przypadków to mężczyźni sprawują władzę i kontrolę nad kobietami [s. 48].
Źródłem przemocy ze względu na płeć są w dużej mierze stereotypy płciowe. Według L. Brannon stereotypy męskości i kobiecości, to przekonania dotyczące cech psychicznych mężczyzn i kobiet, jak również działań odpowiednich dla jednej lub drugiej płci. […] [Gender] oznacza zestaw norm, dotyczących wszystkiego, co w danej kulturze czy społeczeństwie jest uznane za odpowiednie dla kobiety/dziewczynki lub mężczyzny/chłopca. […] Stanowią one zestaw zakazów i nakazów, oczekiwań społeczeństwa kierowanych w stronę kobiet i mężczyzn, a dotyczących tego jaka powinna być „prawdziwa kobieta”, a jaki „prawdziwy mężczyzna” [s. 70-71].
Stereotyp, w mniemaniu autorek, to trudna do wyplenienia ze świadomości społecznej nieprawda przekazywana nieformalnie z pokolenia na pokolenie. Autorki nawet ludzkie ciało postrzegają w oderwaniu od wymiaru biologicznego: [Ciało to] konstrukcja społeczna, która odgrywa bardzo ważną rolę w procesie reprodukcji oraz w wytwarzaniu systemu pozycji społecznych [s. 70].
Sam tytuł kampanii niesie informację, że jednym z czynników wpływających na zjawisko przemocy jest rodzaj płci (oczywiście w aspekcie kulturowym, a nie biologicznym). W wielu miejscach dane socjologiczne zastępowane są interpretacjami zjawisk kulturowych, a te z kolei przeradzają się w snucie przemyśleń natury filozoficznej.
Zdajemy sobie sprawę ze znaczenia systemów patriarchalnych, które ucieleśniają szkodliwe tradycje i przepisy prawa, doprowadzając do ignorowania i przyzwalania na przemoc wobec kobiet oraz odmawiania kobietom prawa do godnego życia [s. 16].
Terminy „przemoc wobec kobiet” i „przemoc ze względu na płeć” odnoszą się do różnego rodzaju nadużyć popełnianych wobec kobiet, a mających swe źródło w nierówności płci oraz niższym statusie społecznym kobiet [s. 44].
…do dużej trwałości związków opartych na fizycznym i psychicznym niszczeniu oraz poniżaniu kobiet i dzieci przyczyniają się także organy państwa, społeczeństwo oraz patriarchalna kultura [s. 61].
Niemal bez wyjątku kobietom przypisuje się funkcje podrzędne w stosunku do mężczyzn. Prawie we wszystkich kulturach świata istnieją formy przemocy wobec kobiet praktycznie niezauważalne, ponieważ postrzega się je jako coś normalnego [s. 68].
Autorki podają przykłady państw, w których stosowane jest okaleczanie narządów płciowych kobiet, zabójstwa honorowe, małżeństwo pod przymusem – kraje afrykańskie, bliskowschodnie, Indie, Chiny. Natomiast w Europie, zdaniem autorek, źródłem przemocy jest w dużej mierze… tradycja judeochrześcijańska. To ona miałaby być podwaliną trwającego ponad 3.000 lat „patriarchatu”, czyli budować przekonanie iż mężczyźnie służyć mają zarówno przyroda, jak i kobieta. […] Lekceważenie kobiet, zniewolenie psychiczne i fizyczne było koniecznym elementem potrzebnym do zaprzęgnięcia ich w karby bezpłatnej pracy domowej świadczonej na rzecz mężczyzn [s. 69]. Przytaczają przemyślenia Pierra Bourdieu na temat „przemocy symbolicznej”:
[Przemoc symboliczna] to władza nad znaczeniami, władza nie do końca rozpoznana, niewyczuwalna i niewidoczna, którą jedna z grup społecznych narzuca drugiej. Jest to narzucanie innym norm, wartości, sposobu patrzenia na świat zewnętrzny, dostosowanie ich zachowań do swoich oraz zdolność do przeprowadzania swojej woli [s. 70].
W innym miejscu autorki przekonują o złym wpływie „patriarchatu”, który miałby "programowo" stosować także przemoc wobec dzieci:
Wystarczy krótki rzut oka na historię, by przyznać, że walcząc z przemocą wobec dzieci, z przemocą w rodzinie, dokonujemy zamachu na uświęconą instytucję patriarchalnej rodziny. W wymiarze historycznym możemy mówić o skutecznej próbie ograniczania praw rodziców, jak i o ewolucji stosunków między rodzicami i dziećmi [s. 88].
Czy mamy przez to rozumieć, że po zwalczeniu „dominacji mężczyzn”, kolejnym etapem na drodze do realizacji „nowego, wspaniałego świata” będzie zwalczenie „dominacji władzy rodzicielskiej”?
Czy autorki podręcznika kontestujące tradycyjny system wartości (nazywając obowiązujący porządek „patriarchatem”), instytucję rodziny (określając ją jako „patriarchalną” lub „nuklearną”) i kulturę judeochrześcijańską, rzeczywiście znalazły odbicie swoich poglądów w rzeczywistości? Przytaczają statystyki policyjne – dane dotyczące przemocy domowej w 2010 roku: 134.866 ofiar przemocy domowej, w tym 82.102 kobiety. Jak to wygląda w skali całego społeczeństwa? W 2010 roku liczba ludności w Polsce wynosiła 38.529.866 osób, w tym 19.876.741 kobiet (dane GUS). Okazuje się, że w 2010 roku liczba ofiar przemocy domowej stanowiła 0,3% ludności Polski, a w populacji kobiet liczba ofiar przemocy domowej wynosiła 0,4%. W jednym nawet miejscu w podręczniku [s. 47] podana została szacunkowa liczba 800.000 kobiet (za Fundacją Autonomia), które w ciągu roku doświadczają przemocy. Zakładając, że szacunki te odpowiadają rzeczywistości (a nie da się tego zweryfikować na podstawie przytoczonych przez autorki źródeł), to w populacji kobiet stanowią one 4%. Każdy z nas przyzna, że tragedia nawet jednej osoby to o jedną tragedię za dużo, ale czy proporcje te rzeczywiście świadczą przeciwko tradycyjnemu systemowi wartości, czy to on generuje przemoc? W tym najbardziej pesymistycznym wariancie liczba kobiet, które nie były ofiarami przemocy wynosiła 96%, a w najbardziej optymistycznym 99,6% – tylko tyle, czy aż tyle?
Pod koniec 2011 roku sondażownia Millward Brown SMG/KRC przeprowadziła na zlecenie Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej (MPiPS) badania pt. „Diagnoza dotycząca osób stosujących przemoc w rodzinie: przemoc w rodzinie z perspektywy dorosłej populacji Polski”. Wykonane one zostały na reprezentatywnej grupie 1.500 dorosłych osób. Okazało się, że w całym życiu przemocy fizycznej (definiowanej jako popychanie, uderzanie, wykręcanie rąk, duszenie, kopanie, spoliczkowanie, a także uszkodzenia ciała, w tym zasinienia, zadrapania, krwawienie, oparzenia) doświadczyło ze strony domowników (małżeństwa, konkubinaty, ze strony rodziców/opiekunów, małżonków/partnerów, rodzeństwa i dzieci) 27,9% populacji, z czego 40% stanowili mężczyźni, a 60% kobiety. Natomiast jak chodzi o przemoc psychiczną (definiowaną jako wyzwiska, ośmieszanie, groźby, kontrolowanie, ograniczanie kontaktów, krytykowanie, poniżanie, demoralizacja, ciągłe niepokojenie, izolacja) w całym swoim życiu doświadczyło 37,3% populacji, z czego 40% stanowili mężczyźni, a 60% kobiety. Przemocy seksualnej doświadczyło 4,5% populacji, z czego 16% stanowili mężczyźni, a 84% kobiety. Ponownie można zapytać, czy te liczby świadczą na niekorzyść tradycyjnego systemu wartości, skoro zawierają one w sobie wszystkie przypadki – i te, gdzie przemoc była codziennością i te, gdzie przemoc była incydentalna (np. słynny wychowawczy klaps raz w życiu)?
We wspomnianym akapit wyżej badaniu zapytano również o to, kto z badanych sam stosował przemoc. Wśród osób, które przyznały się do stosowania chociaż raz w życiu przemocy fizycznej (15,5% populacji) większość z nich stanowią mężczyźni (54:46), a jak chodzi o przemoc psychiczną, to wśród osób, które przyznały się do stosowania jej przynajmniej raz w życiu (25,5% populacji), mężczyźni stanowili połowę (50:50). Z danych zawartych w badaniu wynikałoby, że w relacjach domowych przemoc jest stosowana przez obie płcie mniej więcej tak samo, ale przyjmijmy, że to jednak mężczyźni mają tendencję do jej stosowania – czy dane te są dowodem na to, że to „stereotypy” i kultura pchają mężczyzn we władanie przemocy, czy też wynika to z naturalnych różnic między płciami (cechy fizyczne i psychiczne)?
Autorki prezentują pogląd, że w Polsce występuje wysoka tolerancja dla sprawców przemocy wobec kobiet [s. 61], tymczasem badania przeprowadzone na zlecenie MPiPS wskazują, że jest dokładnie odwrotnie. Na pytanie „Czy zgadza się Pan(i) z opinią: jeżeli żona/partnerka uderzyła męża/partnera, gdy dowiedziała się o jego zdradzie, jej zachowanie jest usprawiedliwione?” twierdząco odpowiedziało 44% osób, a gdy to samo pytanie dotyczyło uderzenia kobiety przez mężczyznę, twierdząco odpowiedziało tylko 22% osób. Co ciekawe, na pytanie „Czy zgadza się Pan(i) z opinią: mąż/partner, który został uderzony przez żonę/partnerkę, najczęściej sam jest sobie winny?” twierdząco odpowiedziało 27% osób, a gdy to samo pytanie dotyczyło uderzenia kobiety przez mężczyznę, twierdząco odpowiedziało 9% osób. Przeczy to teoriom prezentowanym w podręczniku do kampanii „16 dni…” – po pierwsze, większość osób nie akceptuje przemocy domowej w ogóle i to bez względu na jej powody, a po drugie, w odbiorze społecznym na więcej mogą sobie pozwolić kobiety niż mężczyźni. Ponadto, na pytania dotyczące sposobów przeciwdziałania zjawisku przemocy domowej respondenci popierali je w przeważającej większości (74-98%). Zatem, jeśli „patriarchatowi” można coś przypisać, to raczej brak akceptacji dla przemocy domowej, a przemocy wobec kobiet w szczególności.
Jakie są rodzaje przemocy? Przemoc fizyczna, psychiczna i seksualna, ale autorki dodają jeszcze przemoc ekonomiczną (w badaniach statystycznych przeprowadzanych na użytek MPiPS, taki rodzaj przemocy domowej się nie pojawia). Zdaniem autorek podręcznika, z jednej strony przemoc ekonomiczna ma miejsce, gdy mężczyzna uzależnia przekazanie pieniędzy na utrzymanie rodziny od spełnienia jego warunków, a z drugiej strony, gdy pasożytuje na pracy kobiety. Pomijając już tę jednostronność (źli mężczyźni i dobre kobiety) to wydaje się to próbą rozdmuchania problemu przemocy, dlatego że wpisuje się to w teorię „patriarchatu” wyznawaną przez środowiska feministyczne i genderowe, przez które przemoc ekonomiczna widziana jest jako konsekwencja nierówności między kobietami i mężczyznami, a także jako zakorzeniona w systemie patriarchalnym, który zachęca mężczyzn do wiary w ich prawo do kontrolowania i posiadania władzy nad ich partnerkami[s.51].
Dziwi stosunek autorek publikacji do kwestii nadużywania alkoholu. Z jednej strony przyznają, że prawdopodobieństwo występowania przemocy domowej jest ponad dwukrotnie większe w domach, gdzie nadużywa się alkoholu, wskazują także na badania, które pokazują, że 86% zabójstw, 37% napadów i 60% przestępstw seksualnych odbywa się pod wpływem alkoholu, przyznają także, że nasila on agresję i zaburza proces przetwarzania informacji. Z drugiej jednak strony piszą, że osoba, która zamierza dokonać aktu przemocy, może wypić alkohol dla dodania sobie animuszu lub po dokonaniu aktu przemocy pije, aby uniknąć potępienia. Czyli z alkoholem, czy bez alkoholu, wszystko jedno, gdyż sprawca i tak chciał zastosować przemoc. Bycie pod wpływem alkoholu, nie stanowi usprawiedliwienia dla stosowania przemocy wobec bliskich [s. 95]. Owszem, picie alkoholu usprawiedliwieniem nie powinno być, ale czy autorki zadają sobie pytanie, co by było, gdyby udało się ograniczyć zjawisko jego nadużywania? Czy przez to nie udałoby się ograniczyć zjawiska przemocy domowej? Żadnego postulatu ograniczeń w spożywaniu alkoholu w tej publikacji nie znajdziemy. Zamiast tego znajdziemy szereg uzasadnień, dlaczego ofiary przemocy alkoholu mogą nadużywać [s. 96].
Owo bagatelizowanie roli alkoholu w zjawisku przemocy jest widoczne również w fałszywym przedstawieniu danych policyjnych dotyczących przemocy w rodzinie (rok 2010): Do izb wytrzeźwień trafia niemal 40% kobiet, które są pod wpływem alkoholu i są sprawczyniami przemocy w rodzinie i tylko 23% mężczyzn [s. 47]. Jaki wniosek należy wyprowadzić z tych danych – że kobiety muszą wypić, aby dokonać przemocy, a mężczyźni potrafią na trzeźwo ją stosować? Otóż dane policyjne wyglądają zupełnie inaczej i wynika z nich coś zupełnie innego:
A) kobiety zgłoszone na Policję za stosowanie przemocy domowej: 3.981 osób
B) pod wpływem alkoholu było 43% kobiet z grupy „A”: 1.694 osoby
C) do izb wytrzeźwień trafiło 12% kobiet z grupy „A” (29% z grupy „B”): 496 osób
D) do policyjnych pomieszczeń dla zatrzymanych do wytrzeźwienia trafiło 14% kobiet z grupy „A” (34% z grupy „B”): 573 osoby.

Jak chodzi o mężczyzn:
a) mężczyźni zgłoszeni na Policję za stosowanie przemocy domowej: 79.204 osoby
b) pod wpływem alkoholu było 66% mężczyzn z grupy „a”: 52.297 osób
c) do izb wytrzeźwień trafiło 15% mężczyzn z grupy „a” (24% z grupy „b”): 12.284 osoby
d) do policyjnych pomieszczeń dla zatrzymanych do wytrzeźwienia trafiło 29% mężczyzn z grupy „a” (45% z grupy „b”): 23.359 osób.

Statystyki policyjne różnią się od danych prezentowanych przez autorki i przeczą ich tezie – alkohol jest istotnym czynnikiem i szczególnie widać jego wpływ na stosowanie przemocy przez mężczyzn. Skąd zatem autorki wzięły swoje dane procentowe? Z gotowca ze strony internetowej feministycznej Fundacji Autonomia. Skąd te dane wzięła Autonomia? Źródeł nie podała.
Kolejnym zagadnieniem jest kwestia sposobu mówienia o przemocy – nie tylko w sensie używanego słownictwa, ale w sensie języka rozumianego też jako system gramatyczny. Jednym ze sposobów zastosowania języka w celu wyeksponowania roli sprawstwa mężczyzn, jest stosowanie formy czynnej zamiast biernej. Strona bierna i eliminowanie sprawcy jako gramatycznego podmiotu skutecznie przesuwają odpowiedzialność za przemoc – oraz za jej zapobieganie – z mężczyzn sprawców na kobiety ofiary [s. 109]. (Prosty przykład: "Karol zrobił śniadanie Ewie" i "Śniadanie Ewy zostało zrobione przez Karola"). Nawiasem mówiąc, autorki posługują się tu jednak błędnymi pod względem logiczno-językowym przykładami – nie widzą różnicy znaczeniowej pomiędzy zdaniami: „Ile kobiet zostało zgwałconych na tej uczelni w zeszłym roku?” a „Ilu mężczyzn zgwałciło kobiety na tej uczelni w zeszłym roku?”, widzą jedynie zmianę strony czasownika z biernej na czynną i zmianę kontekstu, podczas gdy odpowiedzi na zadane pytania mogą okazać się zupełnie inne (liczba sprawców może być inna niż liczba ofiar). (To tak jakby zdanie "Karol zrobił śniadanie Ewie" według nich znaczyło to samo co "Ewa zjadła śniadanie zrobione przez Karola"). No cóż… Gdyby język stosujący te formy był bardziej powszechny, z pewnością łatwiej przychodziłoby nam uznanie odpowiedzialności mężczyzn za męską przemoc. Język by nas do tego skłonił [s. 109].
Cechą charakterystyczną dla osób zaangażowanych w ruch feministyczny i genderowy jest stosowanie tzw. feminatywów, czyli żeńskich form wyrazów (rzeczowników, czasowników). Przykładowo, zamiast powiedzieć „świadkowie”, feministka napisze „świadkowie i świadkinie”. Nawet jeśli słowo nie posiada żeńskiej formy gramatycznej, to taka forma jest tworzona. Podręcznik do kampanii jest nasycony tego typu formami i stosowane są one z uporem maniaka, jednakże wszędzie, gdzie jest mowa o sprawcach i ofiarach przemocy, to równouprawnienie znika – sprawcą zawsze jest mężczyzna, a ofiarą zawsze jest kobieta.
To, co można pochwalić w podręczniku, to 12 stron poświęconych pomocy osobom poszkodowanym, a także temu, w jaki sposób mężczyźni mogą zapobiec molestowaniu i jak mogą przeciwdziałać przemocy wobec kobiet [s. 97-108]. Aczkolwiek i tu znalazł się postulat, aby poddawać się dobrowolnie równościowej indoktrynacji poprzez uczestnictwo w odpowiednich spotkaniach, oglądanie odpowiednich filmów i czytanie odpowiednich artykułów na temat nierówności płciowej i różnorodnych sposobów traktowania tego, czym jest męskość. Ciekawy jest jednak następujący postulat: Odkrywaj korzenie przemocy ze względu na płeć. Edukuj siebie i innych na temat sił społecznych, które oddziałują i podsycają konflikty pomiędzy mężczyznami a kobietami [s. 108]. Ciekawe, jakie „siły społeczne” autorki mają na myśli.
Czy możliwe jest całkowite wyeliminowanie jakiejkolwiek formy przemocy? Czystą (anty)utopią wydaje się prezentowane przez autorki oczekiwanie, że da się to zrobić – to tak samo jakby oczekiwać, że uda się całkowicie wyeliminować choroby albo całkowicie wyeliminować wypadki drogowe. (Nasuwają się tu przykłady totalitarnych wizji radzenia sobie z problemami ludzkości, przedstawionych w takich filmach jak „Raport mniejszości”, „Equlibrium” czy w książkach „Nowy, wspaniały świat” i „Rok 1984”.) Rozumowanie to możemy odnaleźć w cytowanej przez autorki wypowiedzi Kofiego Annana, byłego sekretarza generalnego ONZ: Dopóki przemoc wobec kobiet nie zostanie trwale wyeliminowana, nie można mówić o postępie w budowaniu sprawiedliwego, rozwiniętego i pokojowego społeczeństwa [s. 44].
Istnienie nierówności, zdaniem autorek, wymaga stosowania „działań wyrównawczych”, polegających na preferencyjnym traktowaniu osób należących do niedoreprezentowanej grupy społecznej, w celu przyspieszenia eliminacji nierówności ich dotykających. […] mają na celu osiągnięcie równości faktycznej, a nie tylko formalnej. Ich stosowanie winno być jedynie przejściowe – zostanie przerwane w momencie osiągnięcia celu, czyli faktycznej równości [s. 77]. Przykładem takich działań są kwoty, parytety i ułatwienia w procesie rekrutacji. Czy gdyby osiągnięta „równość” ośmieliła się z czasem „zróżnicować” to czy równościowcy pogodziliby się z tym trendem, czy też z komsomolską gorliwością wznowiliby „działania wyrównawcze” w imię prawdziwości swojej teorii (lub zwykłego interesu)? Takie (anty)utopijne myślenie, że możliwe jest całkowite wyeliminowanie problemu przemocy, wynika z mylnego przeświadczenia o tym, że wyłącznym źródłem przemocy jest kultura, a czynnik naturalny nie ma żadnego znaczenia, bądź da się go całkowicie okiełznać. Posługując się metaforą, w imię swojego widzimisię, nie biorą pod uwagę możliwości, że obecny bieg rzeki jest optymalny, nie biorą pod uwagę tego, że zmieniając koryto mogą sprawić więcej szkód niż pożytku. To jest właśnie inżynieria społeczna – budowanie nowego społeczeństwa, dekonstrukcja pojęcia „człowiek”, budowanie nowego systemu wartości na gruzach dotychczas obowiązującego.
Powtórzmy raz jeszcze – przemoc jest zjawiskiem negatywnym i przede wszystkim należy pomagać ofiarom przemocy oraz karać sprawców, a ponadto należy jej przeciwdziałać na tyle, na ile jest to możliwe i racjonalne. Autorki podręcznika do kampanii „16 dni…” widząc źródła przemocy domowej wyłącznie w kulturze sugerują, że poprzez jej zmianę uda się ten problem zupełnie zlikwidować. Proszę zauważyć, aby zlikwidować zjawisko, które dotyczy marginesu społeczeństwa (przyjmijmy, że przypadki patologiczne to te, które są zgłaszane Policji, czyli 0,3% populacji w skali roku lub 30% w skali półwiecza), chcą zmienić świadomość 100% społeczeństwa. I to jakim kosztem? Kosztem ingerencji w życie rodzin, w edukację, w rynek pracy, w wolność słowa, kosztem rzucania niesłusznych oskarżeń wobec dotychczas obowiązującego systemu wartości, wbrew naturze i logice.
Narzuca się pytanie – z czym tak naprawdę walczą autorki podręcznika: z przemocą wobec kobiet, czy z „patriarchatem”? Patrząc chociażby na to, jak mało miejsca w podręczniku poświęcone jest kwestii faktycznej pomocy ofiarom przemocy, a jak dużo rozważaniom filozoficznym na temat „dominacji mężczyzn”, można dojść do wniosku, że walka z przemocą pełni raczej funkcję konia trojańskiego. Wraz ze słusznym sprzeciwem wobec przemocy, czytelnik otrzyma „w pakiecie” sprzeciw wobec dotychczas obowiązującego systemu wartości, opartego na klasycznej triadzie wartości uniwersalnych.
Powyższa krytyczna analiza treści podręcznika do kampanii „16 dni przeciwdziałania przemocy ze względu na płeć” była konieczna, aby pokazać, jakiego rodzaju treści niesie ona ze sobą i jakie projekty otrzymują dofinansowanie (25.000 zł) ze środków publicznych. Czy Regionalny Ośrodek Pomocy Społecznej w Poznaniu, podlegający marszałkowi województwa wielkopolskiego, akceptuje skrajne poglądy przedstawione w podręczniku? Wniosek o dofinansowanie zawierał w sobie elementy świadczące o treściach prezentowanych później w czasie szkoleń i w podręczniku. Czyli nie można mówić o totalnej niewiedzy urzędników. Zresztą o czym by ona świadczyła?
Jest jednak ważniejszy powód. Teorie prezentowane w podręczniku mogą być propagowane dalej, chociażby jako przedmiot nauczania dzieci w szkołach i przedszkolach. W ramach tej kampanii mają odbyć się w Poznaniu warsztaty „Dziewczynki-przytulanki, chłopcy-twardziele…” skierowane do osób zajmujących się edukacją i wychowywaniem dzieci. (Tematowi warsztatów poświęcony jest następny artykuł „Tematyka gender, tym razem w Klanzie” - http://www.blubry.pl/z-poznania/tematyka-gender-tym-razem-w-%E2%80%9Ekla...) Na tych warsztatach będzie mowa o płci kulturowej, o nierówności płci i o stereotypach – tym właśnie zagadnieniom w ogromnej części poświęcony był omawiany podręcznik, podręcznik stosujący wątpliwej jakości argumentację, proponujący społeczny eksperyment – równościową (anty)utopię.
Można na to wszystko machnąć ręką, można się głębiej nie zastanawiać, ale nie można już powiedzieć „nie wiem”. To do każdego z nas należy decyzja, co z tą wiedzą zrobimy.
Jan Sulanowski

Tematyka gender, tym razem w "Klanzie"


Na przełomie lipca i sierpnia tego roku, głośno było na temat programu edukacyjnego „Z perspektywy Południa – Centrum Edukacji Globalnej w Poznaniu” oferowanego przez stowarzyszenie „Jeden Świat”. Jeden z 3 modułów skierowanych do uczniów klas 4-6 szkoły podstawowej poświęcony był tematyce gender. Na skutek protestów rodziców grupa radnych Miasta Poznania podjęła interwencję w tej sprawie, w wyniku czego żadna z poznańskich szkół nie zgłosiła się do tego programu. Tymczasem do swojej oferty edukacyjnej wprowadził zajęcia genderowe poznański oddział stowarzyszenia „Klanza”.
W ofercie szkoleniowej dla osób indywidualnych, wśród warsztatów i rad szkoleniowych w pierwszym półroczu roku szkolnego 2013/2014 znajduje się warsztat pod tytułem „Dziewczynki-przytulanki, chłopcy-twardziele. Czy dziewczynki wychowuje się inaczej niż chłopców?”. W opisie zajęć możemy przeczytać: Poruszony zostanie temat płci kulturowej-gender, (nie)równości płci oraz stereotypów, które funkcjonują w naszym społeczeństwie. Warsztaty adresowane są do nauczycieli, wychowawców, pedagogów, studentów, rodziców i innych osób pracujących zawodowo z małymi dziećmi. Warsztaty mają odbyć się 4 grudnia 2013 roku i mają trwać 3 godziny dydaktyczne od 17:00 do 19:15, są bezpłatne i organizowane są w ramach kampanii „16 dni przeciwdziałania przemocy ze względu na płeć”. Nie ma już miejsc wolnych, aby się na nie zapisać.
Polskie Stowarzyszenie Pedagogów i Animatorów „Klanza” posiada swoje oddziały w Szczecinie, Gdyni, Olsztynie, Bydgoszczy, Białymstoku, Warszawie, Łodzi, Radomiu, Bogatyni, Wrocławiu, Radomiu, Lublinie, Częstochowie, Tychach, Krakowie, Rzeszowie, Przemyślu i Poznaniu. Stowarzyszenie zajmuje się przede wszystkim organizowaniem szkoleń, konferencji i spotkań o charakterze edukacyjnym. Początki tej organizacji sięgają 1990 roku, kiedy to dr Zofia Zaorska z Lublina zainicjowała działalność Klubu Animatora. Nazwa „Klanza” wywodzi się od początkowych liter Klubu Animatorów Zabawy, co ma podkreślać główną ideę – naukę przez zabawę. Źródłem inspiracji metody „Klanzy” byłaSpielpaedagogik (pedagogika zabawy), teoria psychologii humanistycznej, a szczególnie jej nurt Gestalt (pedagogika postaci).
We wszystkich oddziałach „Klanzy” program jest ujednolicony, jedynie w poznańskim oddziale pojawiły się dwie nowości – „Proszę pani, co to jest seks? – zagadnienia rozwoju psychoseksualnego dziecka” (miały być prowadzone przez seksuologa, jednakże z powodu braku zainteresowania nie odbyły się) oraz wspomniane „Dzieci-przytulanki, chłopcy-twardziele…”. Dlaczego w ofercie poznańskiej „Klanzy” znalazły się zajęcia o takiej tematyce? Prezes poznańskiego oddziału „Klanzy”, pani Agnieszka Kaczmarczyk, powiedziała: „Klanza” bywa postrzegana stereotypowo jako stowarzyszenie, które prowadząc szkolenia dla nauczycielek i nauczycieli, częściej podejmuje tematy związane z edukacją plastyczną, muzyczną, ruchową – czyli pedagogiką zabawy. Zdajemy sobie jednak sprawę, że nasze szkolenia powinny podejmować także tematy szeroko rozumianego wychowania, gdyż nauczyciel przychodzi na warsztaty nie tylko po metody. Do takich tematów, naszym zdaniem, należy rozwój psychoseksualny dziecka oraz wzbudzająca ostatnio wiele emocji kwestia różnic w wychowywaniu chłopców i dziewczynek. Chcielibyśmy zadać sobie pytanie, jak jest, a jak mogłoby być – podkreślam – nie jak powinno, ale jak mogłoby być. W czasie rozmowy, pani Kaczmarczyk podała przykłady stereotypów płciowych, które, jej zdaniem, mogą wynikać z różnic w wychowywaniu chłopców i dziewczynek, np. przekonanie, że mężczyźni mają umysły ścisłe, a kobiety są humanistkami, i że mężczyźni mają zarabiać pieniądze, a kobiety zajmować się domem.
Warsztat „Dziewczynki-przytulanki, chłopcy-twardziele…” ma się odbyć w ramach kampanii „16 dni przeciwdziałania przemocy ze względu na płeć”, firmowanej przez feministyczne Stowarzyszenie Kobiet „Konsola”. Ze szczegółowymi informacjami dotyczącymi tej kampanii możecie Państwo zapoznać się w naszym artykule „Kampania 16 dni przeciwdziałania przemocy ze względu na płeć - feministyczny Kulturkampf” (http://www.blubry.pl/z-poznania/kampania-%E2%80%9E16-dni-przeciwdzia%C5%...). Kampania „16 dni…” prezentuje skrajny, feministyczny pogląd, że tzw. kultura patriarchalna skłania mężczyzn do stosowania przemocy, szczególnie wobec kobiet. Na gruncie europejskim, zdaniem poznańskich organizatorek kampanii, odpowiedzialna ma za to być tradycja judeochrześcijańska. Lansują one charakterystyczne dla ich środowiska rozumienie pojęć „stereotyp” i „gender”, negatywnie interpretują one istnienie utrwalonych w kulturze wzorców kobiecości i męskości, a różnice biologiczno-psychiczne między obiema płciami wydają się dla nich nie mieć żadnego znaczenia.
W jaki sposób zajęcia edukacyjne, z którymi kojarzona jest „Klanza”, łączą się z kampanią dotyczącą przemocy? Otóż jedna z osób współpracujących z tym stowarzyszeniem edukacyjnym, wzięła udział w szkoleniu 15 liderów, którzy w dniach od 25 listopada do 10 grudnia mają zorganizować na swoim terenie lub w swoim środowisku jakąś akcję w związku z „16 dniami…”. Na razie wiadomo, że zajęcia organizowane w „Klanzie” mają być skierowane do osób zajmujących się uczniami klas 1-3 szkoły podstawowej i nie będą dotyczyć przemocy, ale stereotypów płciowych. Pełniejsza informacja na temat warsztatu „Klanzy” nie jest jeszcze publicznie dostępna. Przeszkolone osoby do końca października mają złożyć projekty swoich akcji, które następnie mają być opublikowane na stronach „Konsoli”.
Warsztat odbędzie się pod szyldem „Klanzy”, stowarzyszenia, które w ciągu kilkunastu lat wyrobiło sobie w środowisku pedagogów renomę, dzięki prezentowaniu metod pracy z dziećmi, ułatwiających ich nauczanie. Dzisiaj „Klanza” wkracza na zupełnie inny teren, teren walki światopoglądowej. Czy to będzie jednorazowy eksperyment, który się zdarzył w poznańskim oddziale tej organizacji, czy też Zarząd Główny w Lublinie zdecyduje, aby w całej Polsce poszerzyć swoją ofertę o tego typu zajęcia? Może lepiej zajmować się tym, co do tej pory najlepiej jej wychodziło, zamiast angażować się w coś, czego skutki mogą być opłakane…
Jan Sulanowski

niedziela, 18 sierpnia 2013

Latający Cyrk Gender Studies

„Niektóre karty historii zapisane są wielkimi literami. Utrwalone tam wydarzenia są tak doniosłe, że przerastają człowieka i czas. Jak na przykład atak na Pearl Harbour, który odtworzą teraz dla nas kobiety z damskiego teatrzyku w Batley”. W dalszej części skeczu pytana przez spikera kobieta (wcielił się w nią Eric Idle) opowiada o swoich wcześniejszych inscenizacjach, po czym dźwiękiem gwizdka daje znak pozostałym paniom (przebranym za kobiety aktorom), że mogą już odegrać scenę. Kobiety rzucają się na siebie z torebkami tak zaciekle i pokracznie, że zaczynają się turlać w błocie. Ot, jeden ze skeczy Latającego Cyrku Monty Pythona >1<. Czy dziś, wypada się z niego jeszcze śmiać – w czasach, gdy na kolejnych polskich uczelniach organizowane są studia genderowe?


1. Kolejne wcielenie marksizmu?
2. Geneza Gender Studies na UAM.
3. Program Gender Studies UAM.
4. Językowe qui pro quo.
5. Dyskryminacja na studiach antydyskryminacyjnych.
6. Feministyczno-genderowa kuźnia kadr.
7. Gdzie jeszcze Gender Studies?
8. Podsumowanie.


1. Kolejne wcielenie marksizmu?

Jeśli chodzi o interpretację i krytykę, to w naszych czasach wszystko wydaje się dozwolone. Rzeczywistość możemy obserwować przez „okulary” feministyczne, marksistowskie i jakiekolwiek inne. Zgodnie z tym założeniem, w głośnej swego czasu sprawie, zdaniem niektórych środowisk lewicowych uprawniony był koncept, że „Rudy” i „Zośka”, bohaterowie książki „Kamienie na szaniec”, ale przecież i autentyczne postaci, byli gejami. Oczywiście relacje osób, które znały „Rudego” i „Zośkę” osobiście nie były tak fascynujące i odkrywcze jak hipoteza pani Janickiej. Stosując tę samą metodologię, fan science-fiction mógłby z katedry uniwersyteckiej głosić, że bohaterowie „Kamieni na szaniec” byli kosmitami. Coś, co jednego dnia może wydawać się absurdem lub śmiesznością, następnego może być traktowane najzupełniej poważnie – wystarczy, że pasuje to do ideologii jakiegoś opiniotwórczego środowiska. Gender Studies opierają się w dużej mierze na krytyce i interpretacji rzeczywistości właśnie.

Gender to, posługując się definicją z Wikipedii, płeć społeczno-kulturowa, która nie musi być tożsama z płcią biologiczną. Na płeć genderową składają się role społeczne, zachowania i stereotypy, które należą do sfery kultury >2<. Najłatwiej to zauważyć porównując chociażby status kobiety i mężczyzny w Polsce ze statusem kobiety i mężczyzny w krajach arabskich. Ile owa kulturowa płeć zawdzięcza uwarunkowaniom biologicznym, czy ukształtowane przez wieki i tysiąclecia wzorce relacji damsko-męskich są właściwe, czy nie? Tutaj padają rozmaite odpowiedzi, ale jedno jest pewne – do sprawy można podchodzić naukowo, starając się opisać rzeczywistość, ale można też podchodzić ideologicznie, starając się tę rzeczywistość zmieniać. To tak samo jakby ktoś obserwował na sawannie polowanie geparda na młodą gazelę – może zrobić serię zdjęć i potem je opublikować w czasopiśmie, ale może też dokonać ingerencji: zastrzelić cielaka, aby ułatwić gepardowi zdobycie pożywienia albo w obronie cielaka spłoszyć drapieżnika wystrzałem z karabinu, albo zastrzelić geparda, żeby nie zabił już nigdy żadnej gazeli. Jak widać, rodzaj ingerencji będzie zależeć od poglądów obserwatora, natomiast podejście naukowe ingerencję wyklucza.

Krytycy Gender Studies zwracają uwagę, że nie jest to nauka społeczna, ale światopogląd łudząco podobny do marksizmu. Wystarczy zamienić pojęcia w następujący sposób: robotnicy to kobiety, kapitaliści to mężczyźni, wyzysk to dominacja. Co ciekawe, sama Wikipedia nazywa Gender Studies nauką społeczną, ale już marksizm kategoryzowany jest jako światopogląd >3<. Pamiętajmy jednak, że swego czasu również marksizm miał charakter pseudonaukowy – podszywał się pod naukę, m.in. zastępując logikę dialektyką rozumianą jako zmienianie znaczeń słów i pojęć, prowadzącą do powstania swoistej nowomowy. Owszem, można nauczać o Gender Studies, feminizmie i marksizmie jako o ideologiach, ale nie da się traktować ich jak dziedzin naukowych, takimi jakimi są chociażby filologia, politologia czy seksuologia.

2. Geneza Gender Studies na UAM.

Studia podyplomowe w zakresie gender organizowane były na Wydziale Filologii Polskiej i Klasycznej UAM przez Interdyscyplinarne Centrum Badań Płci Kulturowej i Tożsamości, której dyrektorką jest prof. Ewa Kraskowska. Kierowniczką podyplomówki była dr Agnieszka Gajewska. Udział w tych studiach kosztował 2.500 zł, pierwsza edycja ruszyła jesienią 2011 roku, a ostatni zjazd miał miejsce 9 czerwca 2013. Zorganizowanie tych studiów podyplomowych było możliwe dzięki utworzeniu wcześniej Centrum. Za sprawą starań prof. Kraskowskiej i grupy nauczycieli akademickich zostało ono powołane zarządzeniem Rektora UAM, prof. Bronisława Marciniaka 1 lutego 2010 roku >4<. Jak możemy przeczytać w zarządzeniu, oprócz typowej działalności naukowej, zadaniem Centrum jest m.in. edukacja antydyskryminacyjna i wspieranie projektów przeciwdziałających dyskryminacji, a więc działalność wkraczająca bezpośrednio na grunt polityki społecznej. W ten sposób Rektor Marciniak swoim zarządzeniem usankcjonował działania Centrum mające charakter nie naukowy, ale ideologiczny.

Tymczasem na stronie internetowej studium podyplomowego możemy wprost przeczytać, że Centrum powstało po to, aby promować Gender Studies i że najważniejszym jego projektem są owe studia. Posługując się dalej Wikipedią jako popularnym źródłem informacji, możemy się dowiedzieć, że dla tej ideologii „ważnym paradygmatem jest teoria społeczeństwa patriarchalnego, zgodnie z którą kobiety są ofiarami instytucjonalnie utrwalonej męskiej dominacji w społeczeństwie i kulturze. Dominacja ta, uzasadniana naturalną nierównością biologiczną płci, prowadziła do wykluczenia kobiet z najważniejszych obszarów życia społecznego (przede wszystkim z nauki, gospodarki, polityki i religii). (…) Z tego powodu studia gender stanowią ważny element gender mainstreamingu, czyli strategii politycznej zmierzającej do likwidacji przejawów dyskryminacji kobiet i wypracowania stanu zrównoważonych relacji pomiędzy mężczyznami i kobietami” >5<. Zatem Gender Studies zakłada ingerowanie w rzeczywistość, zgodnie z konkretnymi przekonaniami.

3. Program Gender Studies UAM.

Jak wynika ze sprawozdania prof. Kraskowskiej z działalności Centrum w roku 2010 >6<, w lutym 2011 roku Radzie Wydziału Filologii Polskiej i Klasycznej miał być przedstawiony i przez nią zatwierdzony projekt studiów podyplomowych w zakresie gender. Dodajmy, że w skład Rady Wydziału wchodzi dziekan, prodziekani, dyrektorzy instytutów, przedstawiciele nauczycieli akademickich, przedstawiciele studentów i doktorantów oraz przedstawiciele pozostałych pracowników Wydziału >7<. Obecnie Rada liczy ponad 60 osób >8<. Studia ruszyły od roku akademickiego 2011/2012, co oznacza, że Rada musiała ten projekt zaakceptować. Gender Studies znalazły się w ofercie Wydziału w towarzystwie trzech innych studiów podyplomowych: (1) Bibliotekoznawstwa i Informacji Naukowej, (2) Edytorstwa i (3) Nauczania Języka Polskiego jako Obcego. Co zatem zaakceptowała Rada Wydziału?

Czytając program Gender Studies UAM można dojść do wniosku, że nie były one niczym innym niż ideologiczną i praktyczną szkółką dla organizacji feministycznych lub partii politycznych o obyczajowo lewicowo-liberalnym programie. Na 16 ćwiczeń i wykładów, aż 8 miało w tytule słowo „feminizm” lub było poświęconych wyłącznie płci pięknej >9<:
  1. „Feministyczna krytyka literacka”,
  2. „Filozofia feministyczna”,
  3. „Historia feminizmu”,
  4. „Dzieje edukacji kobiet”,
  5. „Feministyczne strategie pisarskie – warsztaty twórczego pisania, czytania i interpretowania”,
  6. „Kobiety i nowe technologie – feministyczna proza science fiction”, a nawet
  7. „Teologia feministyczna” i
  8. „Muzykologia feministyczna”.
Pozostałe zajęcia:
  1. „Historia gender”,
  2. „Płeć i rodzaj w edukacji”,
  3. „Psychologia gender”,
  4. „Socjologia gender”,
  5. „Czytanie i krytyczna analiza genderowa współczesnych popularnych czasopism dla kobiet i mężczyzn”,
  6. „Gender mainstreaming – polityka płci”,
  7. „W wielogatunkowym towarzystwie”,
  8. „Prawa człowieka a płeć – ochrona praw reprodukcyjnych”.
Warto przyjrzeć się kilku z nich. I tak celem zajęć pod nazwą „Filozofia feministyczna” >10<, prowadzonych przez dr Joannę Bednarek, oprócz zdobycia wiedzy o historii i współczesnym stanie filozofii feministycznej, było nabycie umiejętności stosowania poznanych narzędzi pojęciowych, rozpoznawania i stosowania różnych typów argumentacji w dyskusjach dotyczących kwestii płci, genderu i seksualności, a także kształtowania postaw krytycznego podejścia do funkcjonujących dyskursów na temat płci i seksualności. Czyli inaczej mówiąc – jak skutecznie propagować idee feministyczne.

Na zajęciach „Płeć i rodzaj w edukacji” >11< prowadzonych przez panie dr Iwonę Chmurę-Rutkowską i dr Edytę Głowacką-Sobiech, można się było zaznajomić z ideami i praktykami edukacyjnymi, które reprodukują stereotypy związane z płcią w procesie wychowania i kształcenia dzieci i młodzieży oraz zagrożeniami z tego wynikającymi. Wśród metod nauczania znalazły się elementy „treningu antydyskryminacyjnego”, który służy zmianie poglądów i postaw. Celem zajęć było uświadomienie istnienia problemu nierówności w edukacji, przygotowanie do krytycznego myślenia i spojrzenia na programy, podręczniki i praktyki nauczycielskie, uwrażliwienie na problemy nierówności ze względu na płeć w szkole i we wszystkich instytucjach społecznych, a także otwarcie na te inicjatywy i projekty, które owym krzywdzącym praktykom przeciwdziałają. Czyli kolejne zajęcia raczej o charakterze formacyjnym i… apostolskim.

Na Gender mainstreaming – polityka równości płci” >12<, zajęciach prowadzonych przez mgr. Macieja Dudę, można się było krytycznie przyglądać jak w polskim prawie wprowadzana jest zasada gender mainstreamingu – czyli umieszczenia kwestii gender w głównym nurcie polityki, a także jak prowadzić i wdrażać projekty równościowe. Natomiast na „Prawach człowieka i płci – ochronie praw reprodukcyjnych” >13<, warsztatach prowadzonych przez dr Katarzynę Sękowską-Kozłowską, omawiano takie kwestie jak aborcja, badania prenatalne, edukacja seksualna, antykoncepcja, sterylizacja, medycznie wspomagana prokreacja – a więc wszystkie te elementy, które są obyczajowymi postulatami partii lewicowych.

Na „Psychologii” omawiano choroby psychiczne, których źródłem mogłyby być nieelastyczne i stereotypowe wzorce socjalizacyjne. Na „Socjologii” uczono się metod interpretacji wyników badań socjologicznych i demograficznych z perspektywy gender. Na „Teologii feministycznej” dyskutowano m.in. o święceniach kapłańskich kobiet. Na „Czytaniu i krytycznej analizie genderowej współczesnych popularnych czasopism dla kobiet i mężczyzn” uwrażliwiano się na treści seksistowskie w prasie. Na „Dziejach edukacji kobiet”, można się było upewnić w przekonaniu, że nierówność w dostępie do nauki wyeliminowała kobiety z przestrzeni publicznej, a na zaliczenie należało na nowy sposób odczytywać źródła historyczne dotyczące edukacji kobiet. Na „Muzykologii feministycznej” zastanawiano się nad „(nie)obecnością kobiet w sztuce (muzyce)” oraz nad wpływem stereotypów na możliwości tworzenia, wykonywania i dyrygowania muzyką przez kobiety. Natomiast zastanawiające jest jaki związek z tematem podyplomówki miał warsztat pod nazwą „W międzygatunkowym towarzystwie” dr hab. Moniki Bakke, w którym można było rozważać postrzeganie ludzkiego ciała jako „temporalnego kolektywu skupiającego wiele form życia”.

W kontekście powyższego przeglądu programu nauczania zastanawia słowo wstępne ze strony internetowej genderowej podyplomówki >14<: Nasze absolwentki i absolwenci zdobędą kompetencję dotyczącą sposobów skutecznego wdrażania praktyk antydyskryminacyjnych i równościowych. (…) przeciwdziałających wykluczeniu różnych grup społecznych (mniejszości seksualnych, ubogich, chorych, niepełnosprawnych), mniejszości narodowych i etnicznych… Trudno się domyślić, na których zajęciach można się było nauczyć przeciwdziałania dyskryminacji ubogich, chorych, niepełnosprawnych, mniejszości narodowych i etnicznych. Po co o tym pisać, skoro i tak prawie wszystkie zajęcia dotyczyły wyłącznie zmiany patriarchalnego modelu kultury? Żeby ładniej wyglądało?

Potwierdzeniem szczególnego zaangażowania w sprawy pozanaukowe osób odpowiedzialnych za studia podyplomowych z dziedziny gender jest również to, jakie inne organizacje i inicjatywy są promowane na stronie UAM-owskich gender studies: „Babiląd” (organizuje rozmaite inicjatywy kulturalne i szkolenia; szczyci się współpracą z ministrą Agnieszką Kozłowską-Rajewicz i wicemarszałkinią sejmu Wandą Nowicką, organizuje m.in. „Babską Muzę na L”, czyli przeglądy filmów o tematyce lesbijskiej); Fundacja „Barak Kultury”; pismo feministyczne „Zadra”; Stowarzyszenie Kobiet „Konsola”; Fundacja Kobieca „eFKa”; Fundacja Feminoteka, która współorganizuje coroczne Manify; strona prywatna dra Jacka Kochanowskiego, który jest m.in. członkiem Rektorskiej Komisji ds. Przeciwdziałania Dyskryminacji na Uniwersytecie Warszawskim (pierwszej tego typu komisji na polskim uniwersytecie) oraz autorem rozmów z Anną Grodzką przed wyborami parlamentarnymi w 2011 roku.




4. Językowe qui pro quo.

Według koncepcji podzielanej również przez zwolenników ideologii gender, język, jako twór kulturowy, wyraża panujące w danej kulturze stosunki społeczne i aby te stosunki „naprawiać” należy wpierw zmieniać język, w myśl przekonania, że słowa zaklinają rzeczywistość. To dlatego działaczki feministyczne z pietyzmem tworzą nowe nazwy. Zamiast stosowania wyrażenia „pani minister” utworzyły słowo „ministra”, zamiast „pani marszałek” - „marszałkini”, zamiast „pani profesor” - „profesorka”, itd. Na poznańskich Gender Studies nie było inaczej – w kadrze wykładowców znaleźć możemy: teolożkę, filozofkę, pedagożkę, socjolożkę, literaturoznawczynię, amerykanistkę. W biogramie dr Iwony Chmury-Rutkowskiej możemy nawet znaleźć bardzo ciekawe w wymowie słowo „adiunktka” (jej koleżanki wolały jednak używać męskiej formy tego słowa). Edyta Głowacka-Sobiech postawiła przed swoim imieniem skrót „dr”, jednakże w biogramie tytułuje się „doktorką”, czyli konsekwentnie powinna skracać swój tytuł w sposób następujący: „dr.” albo „dra”. Z kolei dr Agnieszka Gajewska woli być „sekretarzem naukowym”, a nie „sekretarką naukową” lub „sekretarzynią naukową”.

Konsekwentna feministka oburza się, gdy mężczyzna przepuści ją w drzwiach lub ustąpi miejsca w tramwaju, gdyż uzna to za kulturową opresję samców. Stosując się do tej zasady Kazimiera Szczuka chciała pocałować w rękę w programie „Pegaz” Sławomira Zielińskiego, który sam ją wcześniej w rękę pocałował. A skoro tak, to w myśl wcześniejszego założenia, że język wpływa na rzeczywistość, także i w tekstach należałoby zachować feministyczną konsekwencję. Tymczasem na stronie studiów genderowych widać pewną interesującą właściwość: w 99% przypadków w pierwszej kolejności wymieniane są absolwentki przed absolwentami, dziewczynki przed chłopcami, studentki przed studentami, słuchaczki przed słuchaczami i kobiety przed mężczyznami. Przymknijmy jednak oko na tę stylistyczną manierę, wszak gender jest w Polsce zjawiskiem dosyć nowym i na nauczenie się związanej z nim równości potrzeba czasu. Szowinistyczny Marsjanin powiedziałby, że brak logiki i konsekwencji to gatunkowa właściwość feministycznych Wenusjanek.

5. Dyskryminacja na studiach antydyskryminacyjnych.

Kilka akapitów wyżej była mowa o tym, ze jednym z postulatów środowisk feministycznych i genderowych jest wprowadzenie równouprawnienia do świata nauki, polityki, biznesu i religii. Obie płcie mają być w takim samym stopniu reprezentowane na listach wyborczych, w zarządach spółek i przy ołtarzach, aby nie dochodziło do krzywdzącej dyskryminacji. Jednym z pomysłów jest wprowadzanie parytetów. Także Gender Studies na UAM miały uczyć kompetencji skutecznego wdrażania praktyk antydyskryminacyjnych i równościowych. Tymczasem ani prof. Ewie Kraskowskiej, ani dr Ewie Gajewskiej nie udało się skompletować zespołu, w którym zachowana by została równowaga płciowa – na 14 kobiet wykładających na tych studiach przypadało zaledwie 3 mężczyzn! Stosując aparat pojęciowy Gender Studies należałoby wysnuć wniosek, że mężczyźni zostali wyeliminowani z przestrzeni publicznej podyplomówki, co oznacza niemożność samorealizacji dla wielu z nich. Nawet program studiów jest jawnie i z premedytacją dyskryminacyjny – ze świecą szukać zajęć, na których omawiane by były kwestie dotyczące mężczyzn – sam feminizm. Zatem, jeśli nawet w postępowym środowisku naukowców (naukowczyń) związanych z gender nie udaje się zagwarantować równości, to może najpierw tam należałoby wprowadzić parytet? Byłby to przykład skutecznego wdrożenia praktyk antydyskryminacyjnych i równościowych. No chyba, że feministkom chodzi nie o równość, a o dominację – czas się odegrać na mężczyznach za wieki ucisku.

6. Feministyczno-genderowa kuźnia kadr.

Studia podyplomowe na Wydziale Filologii Polskiej i Klasycznej, takie jak Bibliotekoznawstwo i Informacja Naukowa, Edytorstwo oraz Nauczanie Języka Polskiego jako Obcego stanowią uzupełnienie wykształcenia w celu nabycia kompetencji w zawodzie bibliotekarza, redaktora w wydawnictwie lub redakcji czasopisma oraz nauczyciela języka polskiego dla obcokrajowców. Tymczasem studia podyplomowe gender na UAM nie uzupełniają kompetencji zawodowych, nie uczą żadnego fachu, tylko ich zadaniem jest formacja osób, które będą wdrażać praktyki antydyskryminacyjne i równościowe, czyli szerzyć ideologię gender, w instytucjach kulturalnych, pedagogicznych i organizacjach pozarządowych.

Jednym z przykładów wkradania się tej ideologii do szkół jest sytuacja mająca miejsce pod koniec lipca 2013 roku. Głośno było o współfinansowanym przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych projekcie edukacyjnym stowarzyszenia „Jeden Świat” z Poznania, w którym wśród warsztatów zajmujących się różnymi zagadnieniami znalazły się także warsztaty o tematyce gender. Jest w nich mowa o kulturowo uwarunkowanych różnicach płci kulturowej, o stereotypach związanych z płcią, o równouprawnieniu. Jak możemy przeczytać w liście otwartym stowarzyszenia „Jeden Świat”: Celem edukacji z zakresu płci społeczno-kulturowej (gender) jest dostrzeżenie negatywnego wpływu stereotypów płci i przeciwdziałanie wynikającym z nich nierównościom. Zapewnienie równości płci to jedno z największych globalnych wyzwań, przed którymi stoi dzisiejsze społeczeństwo >15<. Zajęcia są przeznaczone dla dzieci klas 4-6 i nie są obowiązkowe. Decyzja o wprowadzeniu ich do oferty edukacyjnej zależy od dyrektora szkoły. Sprawą zainteresowali się poznańscy radni miejscy.

7. Gdzie jeszcze Gender Studies?

W tym roku poznańskie genderowe studia podyplomowe nie odbędą się, co świadczy o niewystarczającym zainteresowaniu nimi. Jednakże swoją ideologiczną pasję na UAM można relizazować w kołach naukowych. Na Wydziale Filologii Polskiej i Klasycznej funkcjonuje Genderowe Koło Literaturoznawcze, a na Wydziale Nauk Politycznych i Dziennikarstwa – Koło Naukowe Studiów Genderowych. Można też przejrzeć ofertę innych uczelni i instytucji. Swoistym prestiżem cieszą się zainicjowane przy Instytucie Badań Literackich PAN w 2008 roku przez prof. Marię Janion studia podyplomowe Gender Studies im. M. Konopnickiej i M. Dulębianki >16< (niektórzy snują domysły, że obie patronki, były lesbijkami, bo mieszkały ze sobą 20 lat). Ideą przyświecającą tym studiom jest krytyczna analiza zjawisk społecznych, kulturowych i politycznych z perspektywy feministycznej. (…) Wynikiem tego jest propagowanie nie tylko postawy rewizjonistycznej wobec zastanych norm i stereotypów, lecz także odkrywania to co wyparte lub przemilczane w kulturze. (…)[studia – przyp. red] budują fundamenty wiedzy na temat feminizmu i gender u tych, którzy nie zgadzają się na egzystencję w jednowymiarowym, stereotypowym świecie. . Obrazek, który towarzyszy tym studiom to wizerunek Mikołaja Kopernika z umalowanymi szminką ustami i kokardą we włosach.

Na Uniwersytecie Warszawskim >17< zorganizowane zostały studia podyplomowe o podobnej tematyce, która „odczarowuje” mity, rozszerza perspektywę o spojrzenie na dokonania całej ludzkości, a nie tylko męskiej połowy. Gender Studies stanowi krytykę kultury i niesie propozycje jej zmiany. Na Uniwersytecie Łódzkim >18< od 1992 roku funkcjonuje założony przez prof. Elżbietę Oleksy Ośrodek Naukowo-Badawczy Problematyki Kobiet, który oprócz studiów podyplomowych w wiadomym zakresie organizuje również studia II stopnia pod nazwą „Międzynarodowe Gender Studies”. Na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu studia podyplomowe umożliwiają nabycie umiejętności praktycznych rozpoznawania struktur opresywnych oraz zwalczania przejawów dyskryminacji i promowania polityki równościowej (warsztaty antydyskryminacyjne, warsztaty pisania projektów) >19<. Na Uniwersytecie Jagiellońskim studia podyplomowe z zakresu gender organizowane są przez Instytut Sztuk Audiowizualnych >20< i z informacji zamieszczonych na stronie internetowej wynika, że ostatni cykl podyplomówki odbył się w roku akademickim 2008/2009.




8. Podsumowanie.

Jak widać, Gender Studies pojawiły się na wielu polskich uczelniach, w tym na UAM. Ich głównym celem wcale nie jest prowadzenie badań nad kategorią płci kulturowej, ale działalność ideologiczna i szkolenie ludzi, którzy będą propagowali tę ideologię w instytucjach, które mają największy wpływ na świadomość społeczną, czyli w placówkach kulturalnych, mediach, szkołach, urzędach i organizacjach pozarządowych. Można się spierać, czy wizja świata i człowieka prezentowana przez Gender Studies jest słuszna, czy nie, jednakże widać na powyższych przykładach, że instytucja uniwersytetu jest skutecznie wykorzystywana przez środowiska lewicowo-liberalne do szerzenia swoich poglądów. Ktoś może powiedzieć, że przecież dzieje się to przy wsparciu ze strony międzynarodowych organizacji – Unii Europejskiej i Organizacji Narodów Zjednoczonych. Pytanie, czy obywatele jakiegokolwiek państwa, czy nawet wszystkich państw razem wziętych mają wpływ na to, jaka ideologia jest promowana przez te ponadpaństwowe byty? Czy to wszystko nie dzieję się ponad naszymi głowami? Jeśli przyjrzeć się serwowanym przez Gender Studies treściom z bliska, to można odnieść wrażenie, że już kiedyś coś podobnego przeżywaliśmy i porównanie tej ideologii do marksizmu zdaje się być uprawnione. Skutki jakie przyniosło wdrażanie tamtej ideologii znamy doskonale. A jak chodzi o gender, to na pewno przekonamy się, czy przyjdzie nam mówić: „Ciemność, widzę ciemność, ciemność widzę”, o ile ta ideologia zdobędzie serca i umysły nasze i naszych dzieci. Do zobaczenia 8 marca 2044 roku!

Przypisy:
1) Skecz Latającego Cyrku Monty Pythona o inscenizacji ataku na Pearl Harbour http://www.youtube.com/watch?v=m6EEBUExws8
2) http://pl.wikipedia.org/wiki/Gender
3) http://pl.wikipedia.org/wiki/Marksizm
4) http://bit.ly/13NaYbv
5) http://pl.wikipedia.org/wiki/Gender_studies
6) „Sprawozdanie roczne Rektora z działalności Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu za 2010 rok”, UAM, Poznań, maj 2011, str. 260.
7) Statut UAM, par. 62 ust. 1.
8) http://wfpik.amu.edu.pl/dla-pracownika/dla-pracownika/rada-wydziau/skad-...
9) http://studiagender.wordpress.com/program/
10) http://studiagender.wordpress.com/filozofia-feministyczna/. Szczegóły w syllabusie.
11) http://studiagender.wordpress.com/plec-i-rodzaj-w-edukacji/
12) http://studiagender.wordpress.com/gender-mainstreaming-%E2%80%93-polityk...
13) http://studiagender.wordpress.com/prawa-czlowieka-a-plec-ochrona-praw-re...
14) http://studiagender.wordpress.com/oferta/
15) http://jedenswiat.org.pl/files/sites/747/wiadomosci/64554/files/list_otw...
16) http://genderstudies.pl/index.php/kim-jestesmy/
17) http://www.isns.uw.edu.pl/studia_podyplomowe_gender.php
18) http://www.gender.uni.lodz.pl/index2.html
19) http://www.studiagender.umk.pl/index.php?lang=_pl&m=page&pg_id=4
20) http://www.filmoznawcy.pl/studia/gender.html
Artykuł ukazał się 18 sierpnia na www.BLUBRY.pl
http://www.blubry.pl/z-poznania/lataj%C4%85cy-cyrk-gender-studies