Pokazywanie postów oznaczonych etykietą absurd. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą absurd. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 17 sierpnia 2017

Czy burzyć pomniki konfederackich generałów?

Uprzedzając ewentualne ataki oświadczam na początku, że oglądając serial "North and South" byłem po stronie Unii i absolutnie potępiam niewolnictwo oraz Ku-Klux-Klan.

Po ponad 150 latach od zakończenia wojny secesyjnej środowiska lewicowo-liberalne (w skrócie "lewackie") w USA rozpoczęły kampanię usuwania z przestrzeni publicznej monumentów upamiętniających dowódców i żołnierzy "Południa", czyli Konfederacji. Dokonali totalnego uproszczenia przyczyn wojny secesyjnej już nawet nie do kwestii niewolnictwa, ale do samego rasizmu, tak jakby Konfederaci bili się z Jankesami tylko z nienawiści do Afroamerykanów. Tymczasem przyczyny wojny były bardziej złożone, gdyż dotyczyły również kwestii gospodarczych (plantacje bawełny) i ustrojowych (autonomia stanów). Aby właściwie ocenić uczestników tego konfliktu, należy wziąć poprawkę na realia historyczne.

Środowiska lewackie mają to do siebie, że oceniają przeszłość stosując wyłącznie utworzone przez siebie kategorie i pojęcia, i dokonują krzywdzących uproszczeń. Przykładowo, gen. Robert E. Lee, dowódca wojsk konfederackich uważał, że każdy stan ma prawo samodzielnie zadecydować o tym, czy niewolnictwo "zdelegalizować", jednakże sam był przeciwnikiem niewolnictwa (czyli nie był aż taki zły). Tymczasem nie tak dawno w Nowym Orleanie, po naciskach ze strony lewaków, usunięto ze statuy znajdującej się w tym mieście figurę przedstawiającą tego dowódcę. Ostatnio mówiło się również o usunięciu pomnika generała Lee w miejscowości Charlottesville i stało się to przyczyną rozruchów, które niestety 12 sierpnia 2017 r. miały tragiczny finał (w tłum lewicowo-liberalnych demonstrantów wjechał samochodem zwolennik rasizmu, skutkiem czego zginęła jedna osoba, a kilkanaście innych zostało rannych). Prezydent Donald Trump słusznie potępił wszystkich stosujących przemoc, a nie tylko jedną stronę, bo w bijatykach brali udział zarówno durnie wrzeszczący na temat supremacji białej rasy, jak i ci czarno-czerowoni opętańcy zaczadzeni Leninem. Trump odniósł się również do kwestii usuwania pomników. Stwierdził, że jak tak dalej pójdzie, to wkrótce będą obalane pomniki prezydenta Georga Washingtona i autora Deklaracji Niepodległości Thomasa Jeffersona, dlatego, że byli właścicielami niewolników.

Przekładając to na polskie realia, to tak jakby w Gnieźnie chciano zburzyć pomnik Bolesława Chrobrego, bo był on królem, który stał na czele państwa feudalnego, czyli niedemokratycznego i stosującego ucisk wobec chłopstwa. Rozumowanie środowisk lewicowo-liberalnych jest tak samo zasadne jak naigrywanie się z naszych pradziadków, że nie robili zakupów przez Internet.

Wracając do konfederackich pomników, uważam że działania lewackich aktywistów budzą uzasadniony sprzeciw, jednakże nie można dawać się prowokować i ponosić skrajnym emocjom. Trzeba stosować argumenty, a nie przemoc. To, co się stało w Charlottesville to było szaleństwo. Cieszę się, że w Polsce nie dochodzi do takich aktów, jednak wiem, że są tacy, którym marzy się krwawy majdan. Dlatego trzymam kciuki za naszych decydentów, którzy odpowiadają za porządek i bezpieczeństwo w kraju oraz wierzę w rozsądek większości naszego społeczeństwa.

sobota, 25 marca 2017

Parkowanie w centrum Poznania. Potrzebny głos rozsądku

Władze Poznania chcą wprowadzić wokół Starego Rynku tzw. strefę uspokojonego ruchu. Dlaczego "tzw."? Bo pod tą piękną nazwą kryje się również zamiar likwidacji około 160 miejsc postojowych, a to oznacza problemy dla mieszkańców Starego Miasta oraz dla znajdujących się w ścisłym centrum Poznania firm.

Konsultacje

Trudno mi uwierzyć, że projekt wprowadzenia tzw. strefy uspokojonego ruchu wokół Starego Rynku był efektem konsultacji m.in. z tamtejszą radą osiedla. Przeczyłby temu ogromny opór ze strony mieszkańców i przedsiębiorców, który miałem możliwość zaobserwować na spotkaniach organizowanych przez Zarząd Dróg Miejskich. ZDM jednak poinformował, że kilkakrotnie spotykał się z radą osiedla Stare Miasto, co zostało udokumentowane. Być może jakaś znacząca grupa radnych osiedla rzeczywiście postulowała takie rozwiązania, ale teraz jakby w tej sprawie ucichła pod wpływem protestów społecznych, które się objawiły. Urzędnicy chwalili się, że przeprowadzili również spotkanie z seniorami – sądząc z pokazanych zdjęć, nie była to zbyt reprezentatywna grupa, ponieważ liczyła zaledwie kilka osób.

Ze smutkiem muszę stwierdzić, że do zapowiadanego szeroko spotkania podsumowującego konsultacje z mieszkańcami, ZDM nie przygotował się najlepiej. Urzędnicy nie przedstawili zaktualizowanych map z zaznaczonymi poprawkami, podawali błędne wyliczenia co do ilości likwidowanych miejsc postojowych. Nie uzyskałem również odpowiedzi na pytanie, o ile zmniejszą się przychody miasta w związku z likwidacją miejsc postojowych w Strefie Płatnego Parkowania. Jeden z uczestników spotkania słusznie zauważył, że ze względu na to nieprzygotowanie, spotkanie podsumowujące powinno się odbyć w terminie późniejszym, tym bardziej, że urzędnicy nie zdążyli jeszcze odpowiedzieć pisemnie na wszystkie zgłoszone przez mieszkańców uwagi. Inna osoba stwierdziła, że informacja o planowanych zmianach i konsultacjach została w niewystarczający sposób podana do publicznej wiadomości – można było do zawiadomień o wysokości podatku od nieruchomości dołożyć ulotkę informacyjną, że kwestia tzw. uspokojenia ruchu i likwidacji miejsc postojowych będzie przedmiotem zainteresowania magistratu.

Pozorne korekty

Jeśli chodzi o poprawki, które do swojego pierwotnego projektu wprowadził ZDM, to okazały się one w zasadzie kosmetyczne. Urzędnicy co prawda odstąpili od pomysłu, aby z ul. Paderewskiego zrobić deptak, ale co z tego, skoro zapowiedzieli ustawienie znaku zakazu jazdy w obu kierunkach (B1). Podobnie ma się sprawa z ilością likwidowanych miejsc postojowych – pierwotnie ZDM chciał likwidować 160 miejsc, a po poprawkach wyszło, że zlikwidowane będą 152 (o ile w końcu dobrze policzyli). Co do kopert dla dostawców ponoć urzędnicy zaproponowali jakieś korekty, ale nie było możliwości odnieść się do tego, ponieważ nie zostały one przedstawione na mapie. Jedynie zmiany dotyczące miejsc postojowych dla autokarów zostały w pewnym stopniu złagodzone na korzyść turystów i przewodników. Ale najważniejsza sprawa – nie przedstawiono projektu budowy wielopoziomowego parkingu kubaturowego naziemnego lub podziemnego ani parkingów karuzelowych. W zamian za to ZDM przekonywał, że miejsce dla mieszkańców ma znaleźć się na parkingu na Chwaliszewie. Nie jestem przekonany, czy te zapewnienia są w 100% pewne, ponieważ są różne pomysły co do zagospodarowania tamtego terenu: jedni chcą, aby tam był parking, drudzy, aby znajdował się tam park, a o ile pamiętam, to gdzieś jeszcze krąży trzecia koncepcja, aby odkopać stare koryto Warty i przywrócić miasto rzece (lub na odwrót).

Nie zgadzam się z zaprezentowaną przez ZDM i wiceprezydenta Macieja Wudarskiego metodyką konsultacji społecznych, a dokładniej z ich zakresem. Urzędnicy upierali się, aby analizę ograniczyć jedynie do planowanego obszaru tzw. strefy uspokojenia ruchu. Uważam, że to błąd, ponieważ proponowane zmiany będą znacząco oddziaływać na sąsiednie ulice. Analizą powinno być objęte przynajmniej całe Stare Miasto, a to dlatego, że jeśli aż 30% miejsc postojowych ma być zlikwidowanych w tamtym miejscu, to kierowcy będą starali się parkować w okolicy. A sytuacja parkingowa w okolicy również jest rozwojowa, że przytoczę tu tylko sprawę zagospodarowania działek w pobliżu Teatru Polskiego – na razie jest tam parking, ale toczy się właśnie dyskusja, co w tamtym miejscu wybudować. Podobnie jest z kwestią ograniczenia tranzytu przez centrum miasta – te wszystkie pojazdy będą musiały jakoś pomieścić się na I i II ramie komunikacyjnej. Nie wszyscy przesiądą się na rowery.

Kwestia kosztów

I została jeszcze kluczowa kwestia – pieniądze. Jeden z mieszkańców wyraził podejrzenie, że skoro tyle miejsc postojowych w centrum ma zostać zlikwidowanych, to chodzi o to, aby zwiększyć obłożenie na parkingach prywatnych, np. w galeriach handlowych, a więc by ktoś na tym zarobił. Nie wydaje mi się, aby taki był cel proponowanych przez władze miasta zmian, choć pewnie po ich wprowadzeniu tego typu efekt nastąpi. Najważniejsze jest to, aby dowiedzieć się jakie koszty przy tej okazji poniesie skarbiec miasta. Po pierwsze, ile będzie kosztowało przemalowanie jezdni, ustawienie nowych znaków oraz (co najistotniejsze dla niektórych) stojaków rowerowych? Po drugie, niepokojące jest to, że urzędnicy nie potrafili, choćby w przybliżeniu, określić o ile zmniejszą się przychody miasta z tytułu likwidacji 150-160 miejsc postojowych (przypomnijmy, że na tym obszarze obowiązuje Strefa Płatnego Parkowania i miasto osiąga przychody z tytułu opłat abonamentowych oraz opłat za czasowy postój). Po trzecie, wiceprezydent Wudarski kilkakrotnie wspominał, że miasto prowadzi rozmowy z właścicielami parkingów prywatnych, aby ceny abonamentów dla mieszkańców były niższe – a to też musi przecież kosztować, bo każdy kto ma parking, chce na nim zarabiać.

Wszystko to sprawia wrażenie, że obecne władze Poznania są oderwane od rzeczywistości. Powołują się na przykłady innych miast, organizują niby-konsultacje, po to tylko, aby nazywało się, że sprawa została uzgodniona z mieszkańcami, nie mówią o konsekwencjach finansowych, nie proponują odpowiedniej alternatywy dla tych, którzy korzystają z samochodów. Prezydent naszego miasta puszcza mimo uszu głosy większości mieszkańców Poznania, a słyszy tylko tych, którzy są wyznawcami „kopenhagizacji”. Potrzebny jest zatem głos rozsądku ze strony Rady Miasta Poznania. Klub PiS już się na ten temat wypowiedział na sesji 21 lutego 2017 r. Powtórzę konkluzję tego wystąpienia: mniej fanatyzmu, więcej realizmu.


poniedziałek, 6 marca 2017

Faworyt Jaśkowiaka dyrektorem Galerii Arsenał, czyli czas kultury politycznie zaangażowanej?



Prezydent Poznania, Jacek Jaśkowiak ogłosił konkurs na stanowisko dyrektora Galerii Miejskiej Arsenał. Komisja konkursowa, w której składzie byli miejscy urzędnicy, radny miejski, przedstawiciele Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, związków zawodowych oraz stowarzyszeń artystycznych większością głosów wybrali na to stanowisko dotychczasowego dyrektora, dr. Piotra Bernatowicza. Tymczasem prezydent powołał prof. Marka Wasilewskiego, który w konkursie przegrał z Bernatowiczem stosunkiem głosów 4:5.

Konkurs konkursem, ale wygrać musi nasz

Zgodnie z prawem prezydent miasta nie musi stosować się do rekomendacji komisji konkursowej. Może się nawet obyć bez komisji i po prostu powołać na to stanowisko swojego faworyta. Jaśkowiak wybrał jednak ścieżkę konkursu. Gdy okazało się, że większość głosów uzyskał Bernatowicz, wtedy zdanie odrębne złożyła Justyna Makowska, podległa prezydentowi dyrektor Wydziału Kultury w Urzędzie Miasta, która stwierdziła, że w jej ocenie lepszym kandydatem był jednak Wasilewski. Od ogłoszenia wyników konkursu do podjęcia formalnej decyzji przez Jaśkowiaka minęło sporo czasu, w trakcie którego w poznańskiej Gazecie Wyborczej ukazało się wiele artykułów i komentarzy krytykujących Bernatowicza (aczkolwiek zamieszczono i kilka przychylnych dotychczasowemu dyrektorowi Arsenału). Ponadto przeciwnicy Bernatowicza wystosowali list do prezydenta, a niedługo potem jego zwolennicy uczynili podobnie. W tym czasie prezydent miasta był na urlopie.

To nie była pierwsza konkursowa porażka Wasilewskiego w starciu z Bernatowiczem, obaj ubiegali się o to stanowisko w 2014 roku, gdy prezydentem Poznania był Ryszard Grobelny, ale wtedy do „finału” przeszło troje kandydatów. Bernatowicz uzyskał 5 głosów, a Wasilewski tylko 1. Karolina Sikorska, ówczesna wicedyrektor Arsenału, zdobyła 3 głosy. Gdy Jaśkowiak wrócił z urlopu, podjął decyzję o wyborze przegranego, czyli Marka Wasilewskiego, a na internetowej stronie Urzędu Miasta zamieszczone zostało uzasadnienie tej decyzji. Prezydent w ogólnikowych słowach stwierdził m.in., że za rządów Bernatowicza Arsenał nie wykorzystywał swojego potencjału, że program tej galerii powinien spełniać oczekiwania lokalnej społeczności, że powinna być ona kulturalną wizytówką promującą Poznań w kraju i za granicą, że mają być dokonane niezbędne zmiany w zakresie jej infrastruktury.

Dziwne to tłumaczenie, bo to właśnie za kadencji Bernatowicza nastąpił wzrost frekwencji w Arsenale o 100 procent. Zaprezentowana tam wystawa Strategie buntu została oceniona przez Piotra Kosiewskiego w recenzji dla magazynu o sztuce Szum jako „jedna z najciekawszych ekspozycji ostatnich lat”. Galeria była otwarta na rozmaite lokalne środowiska twórców i dlatego dotychczasowego dyrektora poparło wielu artystów o rozmaitych poglądach, w tym wielu wykładowców Uniwersytetu Artystycznego w Poznaniu (macierzystej uczelni Wasilewskiego). Bernatowicz pozyskał najbardziej reprezentacyjne przestrzenie budynku, które wcześniej zajmowała księgarnia i w ten sposób Arsenał stał się widoczny z płyty Starego Rynku, zyskując również fasadę, co było zachętą do odwiedzin tego miejsca. Innym niedorzecznym argumentem użytym w uzasadnieniu przez Jaśkowiaka był zarzut, jakoby 18. miejsce w rankingu galerii Piotra Sarzyńskiego, który ukazuje się w tygodniku Polityka, to było za mało. Dlaczego niedorzecznym? Bo w rankingu tym Arsenał znalazł się po raz pierwszy od lat!

Być jak Ewa Wójciak

Względy merytoryczne i osiągnięcia powinny świadczyć na korzyść Piotra Bernatowicza, ale nie w Poznaniu rządzonym przez skrajnie lewicowego prezydenta miasta, który regularnie uczestniczy w manifestacjach KOD, pojawia się na wiecach proaborcyjnych, przemawia na Marszach Równości i zwalcza narodowców. Swoją wizję kultury Jacek Jaśkowiak dobitnie przedstawił w połowie stycznia na przyjęciu noworocznym. Wprost stwierdził, że artyści mają brać przykład z Teatru Ósmego Dnia: „Taka twórczość zaangażowana, także politycznie, to niezbędny element  społeczeństwa obywatelskiego […]. Dziś nie można tego oderwać od polityki”. Bernatowicz z pewnością nie pasował do tak zdefiniowanej koncepcji działalności kulturalnej, ponieważ nie pojawiał się na żadnej tego typu manifestacji politycznej czy światopoglądowej.

Co innego przeforsowany przez Jaśkowiaka Marek Wasilewski. W maju 2010 r. wywołał on skandal jako reżyser performance w Łodzi, w którym nagi mężczyzna wszedł w czasie mszy św. do kościoła. Było to filmowane, a Wasilewski miał powiedzieć, że „to tylko sztuka”. O poglądach prof. Marka Wasilewskiego świadczą różne podpisywane przez niego listy poparcia, np. był sygnatariuszem słynnej „listy ch…” broniących Ewę Wójciak, która nazwała obelżywie papieża Franciszka, był współzałożycielem Otwartej Akademii skupiającej środowiska artystyczne cechujące się poglądami antyklerykalnymi i lewicowo-liberalnymi, a ponadto zaangażował się w anypisowskie wystąpienia, m.in. uczestniczył w organizowanym przez Gazetę Wyborczą czytaniu konstytucji. Znana jest jego wypowiedź dla magazynu publicystycznego Politico, w której domagał się od Unii Europejskiej wprowadzenia wobec Polski rządzonej przez PiS chociaż symbolicznych sankcji, takich jak tymczasowe zawieszenie Polsce prawa głosu w UE albo przekazywanie funduszy europejskich bezpośrednio władzom regionalnym i miejskim, z pominięciem władz centralnych, co utrudniłoby rządowi wypłacanie środków z programu Rodzina 500+.

Podgrzewanie konfliktu kulturowego

Jacek Jaśkowiak powołał na stanowisko dyrektora Galerii Miejskiej Arsenał człowieka o skrajnie lewicowym światopoglądzie i zaangażowanego politycznie. Zresztą Marek Wasilewski od ogłoszenia go nowym dyrektorem Arsenału udzielił już znaczącej wypowiedzi, na podstawie której można wnioskować, w jakim celu ta galeria będzie wykorzystywana. „…architektura [Arsenału – przyp. aut.], która podpowiada otwieranie się na ludzi i nowe idee. Dla konserwatystów i ksenofobów bardziej nadaje się stojący nieopodal zamek Przemysła” – powiedział w wywiadzie zamieszczonym na stronie internetowej Urzędu Miasta Poznania.

Wiele wskazuje na to, że przeforsowanie Wasilewskiego na stanowisko dyrektora galerii ma poszerzyć nomen omen arsenał środków służących podsycaniu konfliktu polityczno-obyczajowego w Poznaniu. To bardzo wygodne dla prezydenta Jaśkowiaka, którego działalność sprowadza się do gestów PR-owych. Nie wykazał się jeszcze w roli gospodarza miasta, natomiast robi wszystko, aby budować wizerunek lewackiego celebryty, który zrobi sobie zdjęcie z Krystyną Jandą lub z imigrantami z Syrii, wymieni się ciosami z Dariuszem Michalczewskim, pokaże się na Marszu Równości, powie kilka zdań na proteście feministek i naubliża rządowi.

Na horyzoncie pojawiło się już kolejne zarzewie konfliktu – jednym z kuratorów tegorocznego Festiwalu Malta został Oliver Frljić, reżyser skandalicznego spektaklu Klątwa wystawionego w Teatrze Powszechnym w Warszawie. Czy w Poznaniu szykuje się kolejna „artystyczna” awantura? Kilka lat temu w Poznaniu pod naciskiem społecznym udało się zapobiec wystawieniu w ramach tego festiwalu gorszącego przedstawienia Golgota picnic, ale za prezydentury Jacka Jaśkowiaka nie ma co liczyć na rozsądek władz, tym bardziej, że wspierać go w tym będą osoby pokroju Marka Wasilewskiego.

piątek, 3 marca 2017

Nie znajdziesz planu przetargów w Poznaniu

Być może to nie jest jakiś emocjonujący temat, ale sprawa jest istotna, ponieważ dotyczy funkcjonowania naszego samorządu. W czerwcu 2016 r. została znowelizowana ustawa Prawo zamówień publicznych. Wprowadziła ona m.in. na jednostki samorządu terytorialnego, obowiązek publikowania planu postępowań o udzielenie zamówień, jakie mają być przeprowadzone w najbliższym roku kalendarzowym. W takim planie mają być zawarte informacje o przedmiocie zamówienia, rodzaju zamówienia, przewidywanym trybie lub innej procedurze udzielenie zamówienia, orientacyjnej wartości zamówienia oraz przewidywanym terminie wszczęcia postępowania (z dokładnością do kwartału lub miesiąca).
 
Nowe prawo jest świetne, ponieważ taki obowiązek daje wiele korzyści: 1) w pewien sposób dyscyplinuje urzędników i mobilizuje ich do lepszego planowania wydatków; 2) daje społeczeństwu narzędzie do lepszej kontroli poczynań władz samorządowych; 3) pozwala przedsiębiorcom lepiej przygotować się do procedury przetargowej; 4) można łatwiej uniknąć sytuacji, w których o pewnych zamówieniach dowiadują się tylko znajomi królika.
 
Postanowiłem sprawdzić, czy Miasto Poznań umieściło gdzieś taki plan. Zacząłem od podstrony “Zamówienia publiczne”, ale niczego takiego nie znalazłem. Przeczesałem bip.poznan.pl wzdłuż i wszerz, ale bez skutku. Dlatego napisałem w tej sprawie interpelację. Sekretarz miasta odpisał mi, że taki plan się znajduje i podał mi adres - strasznie długi i skomplikowany. Musiałem literka po literce, myślnik po myślniku, wpisać go, żeby uzyskać dostęp do planu zamówień publicznych Poznania. Bardziej zakamuflować się tego nie dało! Obawiam się, że nie tylko mieszkańcy i przedsiębiorcy, ale również urzędnicy nie byliby w stanie normalnie do tego planu dojść.
 
Jakie jest tłumaczenie pana sekretarza? Bip jest modernizowany... Ale zapowiedział, że plan przetargów znajdzie się w zakładce “Zamówienia publiczne”. Kurczę, jakbym o to nie zapytał, to nic by się nie zmieniło. Na najbliższym posiedzeniu Doraźnej Komisji Legislacyjnej zamierzam poruszyć ten wątek.
 
Poniżej moja interpelacja oraz odpowiedź pana sekretarza.


środa, 18 stycznia 2017

Dwukadencyjność władz wykonawczych w gminach

Jacek Jaśkowiak jest zwolennikiem dwukadencyjności władz wykonawczych w gminach, ale jeśli to samo zdanie wyraża Jarosław Kaczyński, to prezydent Poznania nie potrafi przyznać mu racji, tylko na siłę szuka zaczepki i stroszy piórka, ponieważ chce innym pokazać jak bardzo się we wszystkim różni od prezesa PiS.



To z jednej strony pokazuje, jak uproszczonym rozumowaniem kieruje się prezydent Poznania, a także obrazuje metodę działania części opozycji - czegokolwiek nie zrobi Prawo i Sprawiedliwość, zawsze będzie twierdzić, że jest źle.

Uważam, że uprawianą niemal na każdym kroku publicystyką polityczną to właśnie pan Jaśkowiak próbuje odwrócić uwagę od swojej nieudolności w zarządzaniu miastem (miliony złotych dofinansowania na inwestycje przemykają Poznaniowi koło nosa).

A wracając do tematu dwukadencyjności – postulat ten już wiele lat temu znalazł się w programie Prawa i Sprawiedliwości (czytaj niżej) i jest popierany przez większość społeczeństwa. To dobrze, że wreszcie partia rządząca w kraju - Prawo i Sprawiedliwość, chce ten postulat zrealizować i nawet pan Jaśkowiak powinien temu przyklasnąć.

Fragment z programu Prawa i Sprawiedliwości 2014 (s. 53-54):

"Dążąc do poprawy jakości demokracji lokalnej, spełnimy coraz powszechniejszy postulat ustawowego ograniczenia w czasie - do dwóch kadencji - nieprzerwanego pełnienia tej samej funkcji przez wójtów, burmistrzów i prezydentów miast; po przerwie trwającej co najmniej jedną kadencję zainteresowana osoba będzie mogła kandydować na to samo stanowisko ponownie. Rozwiązanie to będzie reakcją na powstawanie w wielu miastach i gminach wiejskich spetryfikowanych układów władzy, sprzyjającym różnym nieprawidłowościom".


W tej sprawie wypowiedziałem się dla TVP3 Poznań. Materiał dostępny jest TUTAJ.

środa, 28 września 2016

W Poznaniu radni PO i lewicy dali zielone światło dla dyskryminacji narodowców


12 marca 2016 r. miał się odbyć amatorski turniej sportów walki dla osób o poglądach nacjonalistycznych (narodowych) "First to Fight". Prezydent zagroził klubowi sportowemu, w którym impreza miała się odbyć, że jeśli udostępni salę nacjonalistom, to nie otrzyma w przyszłości miejskich dotacji. Ponadto wydał dyspozycje urzędnikom, aby podjęli formalne działania w sprawie turnieju. Klub zerwał umowę z organizatorem. Organizatorowi udało się jednak  znaleźć inną salę (KS Posnania, administrowana przez Zespół Szkół z Oddziałami Sportowymi Nr 1), ale musiał przez to przesunąć imprezę na kolejny dzień. 13 marca, już w trakcie turnieju, interwencję podjęła dyrektor, która kilkakrotnie usiłowała przerwać turniej, wezwała nawet policję. Policja przyjechała, jednakże nie podjęła interwencji, gdyż nie było ku temu podstaw. Jak się okazało później, dyrektor szkoły chciała przerwać turniej "ze względu na jego ideę". W maju organizator złożył na Prezydenta skargę, która była rozpatrywana przez Radę Miasta Poznania. Poniżej treść mojego wystąpienia w tej sprawie, w imieniu klubu radnych PiS.


Szanowni Państwo! Rozpocznę od wątku, który w rzeczywistości nie powinien mieć w tej sprawie decydującego znaczenia, a który jednak był motorem działań Prezydenta Miasta i był najczęściej komentowany. Chodzi o to jak należy klasyfikować nacjonalizm.

Jednym z argumentów, którym Prezydent Miasta uzasadniał swoje działania w sprawie będącej przedmiotem tej skargi, była jego walka z rzekomo zakazaną prawem ideologią nacjonalistyczną. Bezpodstawnie wrzucił on nacjonalizm do jednego worka z nazizmem, faszyzmem, rasizmem i ksenofobią. Tymczasem nacjonalizm jest to „postawa społeczna i polityczna oraz ideologia uznająca interes własnego narodu za wartość najwyższą, głosząca, że suwerenne państwo narodowe jest najwłaściwszą formą organizacji danej społeczności złączonej wspólnotą pochodzenia, języka, historii, kultury”. Taka jest definicja nacjonalizmu w słowniku języka polskiego pod redakcją profesora Stanisława Dubisza i niemal takie samo wyjaśnienie znajdziemy w słowniku wyrazów obcych pod redakcją profesora Mirosława Bańki.

Profesor Andrew Heywood, którego książki znajdują się na listach lektur studentów politologii stwierdza, że istotnymi elementami doktryny nacjonalistycznej są takie pojęcia jak: naród, wspólnota organiczna, samostanowienie i polityka tożsamości. Zwraca uwagę na to, że większość inicjatyw niepodległościowych na świecie, również tych antykolonialnych, miało charakter nacjonalistyczny. Za początek ideologii nacjonalistycznej uznaje on Wielką Rewolucję Francuską, kiedy to państwo przestało być własnością dynastii, a stało się własnością narodu.

Ideę samostanowienia narodów propagował prezydent Stanów Zjednoczonych – Woodrow Wilson. Mamy w Poznaniu park noszący jego imię. Z kolei polskiemu narodowcowi – Romanowi Dmowskiemu – liderowi Narodowej Demokracji, zawdzięczamy w dużej mierze kształt granic Polski po I wojnie światowej, o które zabiegał drogą dyplomatyczną wraz z Ignacym Janem Paderewskim w czasie konferencji paryskiej. W Poznaniu znajdują się ulice noszące ich imiona. Nacjonalizm nie jest ideologią, której propagowanie jest zakazane.

 Przejdźmy teraz do meritum. W Poznaniu – w tak zwanym Wolnym Mieście – musimy dziś bronić praw i swobód obywatelskich mieszkańców Poznania. Praw wyrażonych zarówno w Konstytucji, jak i w aktach prawa międzynarodowego, takich jak art. 19 Międzynarodowego Paktu Praw Politycznych i Obywatelskich, art. 14 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka czy art. 21 Karty Praw Podstawowych Unii Europejskiej. Wspominam o tym, bo podobno władzom miasta zależy na osiągnięciu europejskich standardów.

Art. 32 Konstytucji brzmi: „Wszyscy są wobec prawa równi. Wszyscy mają prawo do równego traktowania przez władze publiczne. Nikt nie może być dyskryminowany w życiu politycznym, społecznym lub gospodarczym z jakiejkolwiek przyczyny”. Co to oznacza w praktyce?

Jeśli jakiś anarchista, socjaldemokrata, liberał, chadek, konserwatysta lub nacjonalista kupi bilet tramwajowy, to ma prawo jechać tramwajem tak daleko, jak to jest przewidziane w regulaminie i żaden kontroler nie ma prawa wyrzucić tej osoby za to, jakie ma poglądy. Jeśli złoży wniosek o udostępnienie informacji publicznej, to urzędnik jest zobowiązany udzielić mu odpowiedzi w przewidzianym w ustawie terminie i nie jest ważne, jakie poglądy wyznaje interesant. Jeśli zarezerwuje halę sportową, aby urządzić tam zawody, to żadnemu urzędnikowi nie wolno odmawiać mu tego prawa ze względu na to, jakie poglądy ma potencjalny najemca. Niestety, na tej sali nie wszyscy to rozumieją.

Skarga, którą dziś się zajmujemy dotyczy wydarzeń mających miejsce w marcu tego roku. 12 marca miał się odbyć amatorski turniej sportów walki „First to Fight”. Nie odbył się, ponieważ Prezydent Miasta Poznania nie podzielał poglądów politycznych organizatorów i uczestników tej imprezy. Wykorzystał on fakt, że stowarzyszenie sportowe KKS Sporty Walki Poznań, które miało wynająć halę organizatorowi imprezy, było od Miasta zależne finansowo, ponieważ otrzymało dotacje na realizację zadań w ramach projektu Młodzieżowe Centrum Sportu. Z publikacji prasowej, która ukazała się 7 marca, wynikało, że Prezydent Miasta wprost powiedział, że to stowarzyszenie oraz każde inne, które będzie współpracować z organizacjami prezentującymi poglądy nacjonalistyczne nie otrzyma w przyszłości miejskich dotacji.

Takie wywieranie nacisku, jakie zastosował Prezydent Poznania, jest bezprawne i już to jest wystarczającym powodem, aby uznać skargę za zasadną. 30 sierpnia na posiedzeniu Komisji Rewizyjnej przedstawiciel Wydziału Sportu powiedział, że dotacje dla organizacji sportowych są przydzielane w trybie konkursu przez specjalnie powołaną komisję. Nie podał podstawy prawnej, na mocy której Prezydent Miasta mógł stwierdzić, że organizacje propagujące nacjonalizm lub organizacje wynajmujące im sale będą dyskryminowane poprzez uniemożliwienie im starania się o wsparcie finansowe z Miasta. Doszło więc do przekroczenia uprawnień przez Prezydenta Miasta polegającego na publicznym zastraszeniu stowarzyszenia sportowego oraz na nieuprawnionym ingerowaniu w przyjętą w Urzędzie Miasta procedurę przyznawania dotacji.


 
Jeszcze przed ukazaniem się w prasie publikacji na temat turnieju „First to Fight” Prezydent Miasta wydał polecenie podjęcia formalnych działań swojemu zastępcy, Arkadiuszowi Stasicy, który nadzorował wówczas Wydział Sportu. W związku z tą dyrektywą, 7 marca Wydział Sportu za pośrednictwem poczty elektronicznej wezwał zarząd stowarzyszenia do złożenia w trybie natychmiastowym wyjaśnień na temat turnieju „First to Fight” oraz do odniesienia się do treści publikacji prasowej, jakoby na tej imprezie miały być propagowane poglądy nacjonalistyczne. Ponadto z członkiem zarządu stowarzyszenia komunikował się w tej sprawie prawnik Wydziału Sportu. Na skutek presji Prezydenta Miasta i podległych mu urzędników, klub KKS zerwał umowę ze Skarżącym – organizatorem turnieju „First to Fight”. Ponadto urzędnik z Wydziału Sportu dokonał 10 marca wizytacji na terenie klubu KKS. Kontrola ta została zapowiedziana w artykule pt. „Prezydent mówi NIE turniejowi nacjonalistów”, który ukazał się 7 marca na oficjalnej stronie Miasta Poznania poznan.pl.

Na posiedzeniu Komisji Rewizyjnej zostało potwierdzone, że zarówno wezwanie do złożenia w trybie natychmiastowym wyjaśnień, rozmowa telefoniczna z członkiem zarządu stowarzyszenia oraz wizytacja w klubie KKS nie miały charakteru rutynowego, ale zostały dokonane na polecenie Prezydenta Miasta Poznania w związku z mającym się odbyć turniejem „First to Fight”. Jest to drugi przykład przekroczenia uprawnień przez Prezydenta Miasta, polegającego na dokonaniu czynności, do podjęcia których nie było podstawy prawnej, gdyż sparingi czy turniej osób o poglądach nacjonalistycznych oraz domniemane propagowanie poglądów nacjonalistycznych nie jest w Polsce zakazane.


  Skarżący, po zerwaniu umowy przez KKS zaczął szukać innego miejsca, aby przeprowadzić turniej. W tajemnicy, na 13 marca udało mu się zarezerwować halę w Klubie Sportowym Posnania administrowanym przez Zespół Szkół z Oddziałami Sportowymi nr 1. Tam także doszło do próby uniemożliwienia przeprowadzenia tej imprezy – dyrektor szkoły usiłowała kilkakrotnie ją przerwać, wezwała w tej sprawie także policję. Znamienne jest to, że policja nie została przez dyrektor szkoły zawiadomiona o popełnieniu przestępstwa z art. 256 kodeksu karnego, dotyczącego propagowania zakazanych ideologii, ale z art. 193 kodeksu karnego, dotyczącego nie opuszczenia lokalu wbrew żądaniu osoby uprawnionej. 18 marca policja na podstawie zebranych dowodów umorzyła dochodzenie.

Trzeba wspomnieć w tym momencie o wyjaśnieniach na temat zajścia z 13 marca, które dyrektor tej szkoły złożyła Wydziałowi Oświaty 14 marca. Stwierdza w nich, że zgodnie z decyzją Prezydenta Miasta Poznania, podjęła kilkakrotnie próbę przerwania turnieju „First to Fight” i że nadrzędnym celem wszystkich jej żądań, dotyczących opuszczenia obiektu, była niezgoda na realizację tego meetingu w związku z jego ideą. Mamy tu więc kolejny przejaw dyskryminacji ze względu na poglądy polityczne, który został podyktowany decyzją Prezydenta Miasta i klimatem, który wytworzył wokół środowiska nacjonalistów. Chciałbym podkreślić, iż uważam, że odpowiedzialności za ten akt dyskryminacji nie ponosi dyrektor szkoły, tylko Prezydent, ponieważ to on wydał takie, a nie inne polecenia, to on udzielił takich a nie innych publicznych wypowiedzi.

 Organ wykonawczy gminy nie posiada kompetencji do oceny, kto jest rasistą, kto nacjonalistą, a kto anarchistą. Kompetencje w tym zakresie mają organa ścigania oraz sądy. Zatem ferując w tym zakresie apriorycznie wyroki, na podstawie niezweryfikowanego przez odpowiednie instytucje artykułu prasowego, oraz wydając dyspozycje urzędnikom do podejmowania prewencyjnych działań, na podstawie swoich prywatnych ocen, Prezydent Miasta kolejny raz dopuścił się przekroczenia swoich uprawnień.

I ostatnia, najpoważniejsza kwestia. W wypowiedzi udzielonej prasie, w artykule na oficjalnej stronie Miasta Poznania poznan.pl, w korespondencji Wydziału Sportu do KKS oraz w wyjaśnieniu dyrektor szkoły zarządzającej halą KS Posnania – głównym motywem było uniemożliwienie przeprowadzenia turnieju „First to Fight” ze względu na jego nacjonalistyczny charakter.

Prezydent Miasta i podlegli mu urzędnicy dopuścili się wobec Skarżącego i uczestników turnieju „First to Fight” dyskryminacji ze względu na poglądy polityczne, co jest podważeniem podstawowych praw i wolności obywatelskich oraz stanowi naruszenie interesu publicznego. Nawet gdyby Prezydent Miasta był święcie przekonany o tym, że na turnieju „First to Fight” będzie propagowana zakazana ideologia, to miał obowiązek zgłoszenia tego organom ścigania, o czym mówi art. 304 kodeksu postępowania karnego. Czy Prezydent Miasta to zrobił? Nic mi o tym nie wiadomo.

Podsumujmy. 9 maja 2016 r. organizator turnieju „First to Fight” złożył skargę na Prezydenta Miasta Poznania. Zgodnie z art. 227 kodeksu postępowania administracyjnego przedmiotem skargi może być m.in. naruszenie praworządności lub interesów skarżących.


 
1. W rozpatrywanej przez Radę Miasta sprawie Skarżący zarzucił Prezydentowi Miasta zakłócenie organizacji imprezy „First to Fight”, co naruszyło interesy Skarżącego. Jak wynika ze zgromadzonej dokumentacji oraz z protokołu z posiedzenia Komisji Rewizyjnej 30 sierpnia, Prezydent Miasta rzeczywiście podjął działania, które miały na celu uniemożliwienie odbycia się tych zawodów. Dodać należy, że działania te odniosły skutek, ponieważ turniej nie odbył się w planowanym przez organizatora terminie i miejscu, co wiązało się dla niego z poniesieniem dodatkowych kosztów. W związku z tym skarga jest zasadna, ponieważ interes Skarżącego został przez Prezydenta Miasta naruszony.

2. Skarżący zarzucił Prezydentowi Miasta naruszenie praworządności poprzez wywieranie presji na stowarzyszenie KKS Sporty Walki Poznań w celu wymuszenia zerwania umowy z organizatorem turnieju „First to Fight”. Prezydent Miasta podjął działania, które należy uznać za wywieranie presji na stowarzyszenie KKS poprzez wypowiedzi publiczne, w których groził stowarzyszeniu nieprzyznaniem dotacji, a także poprzez wydanie swojemu zastępcy oraz urzędnikom polecenia podjęcia działań, które nie miały oparcia w przepisach i jako takie były bezprawne. W związku z tym skarga jest zasadna, ponieważ Prezydent Miasta dopuścił się naruszenia praworządności.

3. Skarżący zarzucił Prezydentowi Miasta naruszenie praworządności poprzez podejmowanie działań spełniających znamiona dyskryminacji ze względu na poglądy polityczne. Prezydent Miasta oraz podlegli mu urzędnicy wielokrotnie motywowali swoje działania chęcią wyeliminowania z życia politycznego, społecznego i gospodarczego osób i organizacji podzielających ideologię nacjonalistyczną, co jest ewidentnym dowodem dyskryminacji ze względu na poglądy polityczne, a więc naruszenia art. 32 Konstytucji. W związku z tym skarga jest zasadna, ponieważ Prezydent Miasta dopuścił się naruszenia praworządności.

Szanowni Państwo, w świetle dostępnych dokumentów i przedstawionych argumentów klub radnych Prawo i Sprawiedliwość zagłosuje przeciwko uznaniu skargi za bezzasadną, ponieważ trzy zarzuty sformułowane w tej skardze przez Skarżącego są zasadne.

EPILOG

Głosowanie w sprawie skargi odbyło się 27 września 2016 r. Większością głosów (radni PO i lewicy) uznana została za bezzasadną.

poniedziałek, 4 lipca 2016

Zaciśnięta pięść kontra Poznańskie Krzyże

Tak bardzo nam zależy, aby Poznański Czerwiec 1956 r. był należycie uczczony, aby jego historia trafiła do świadomości jak najszerszych rzesz Polaków. Tymczasem zamiast o Romku Strzałkowskim, najmłodszej ofierze tego poznańskiego buntu antykomunistycznego, kraj usłyszał o Jacku Jaśkowiaku, prezydencie Poznania, nieformalnym liderze wielkopolskiego KOD-u, który coraz bardziej upodabnia się do skandalisty Palikota. 

Reżyserem profanacji 60. rocznicy Poznańskiego Czerwca był niestety prezydent Jaśkowiak. Wskazuje na to szereg jego posunięć. W 1956 r. robotnicy poznańskich zakładów pracy wyszli na ulice przeciw zbrodniczym i narzuconym z zewnątrz władzom komunistycznym, aby upomnieć się o godność, wolność, respektowanie ich pracowniczych praw, poprawę sytuacji ekonomicznej oraz uszanowanie religii katolickiej. Tymczasem pan Jaśkowiak dokonał swoistej reinterpretacji tej rocznicy, dodając do niej polityczne treści wygłaszane na manifestacjach KOD-u. Wszystko po to, aby stworzyć fałszywą analogię, że rządy PiS to rzekomy autorytaryzm, narodowy socjalizm i faszyzm – jednym słowem „kaczyzm”. Rocznica Czerwca ‘56 stała się zatem pretekstem do zorganizowania kolejnego antypisowskiego wiecu. Była to zachęta do tego, aby w Poznaniu urządzić majdan. Temu miało służyć podgrzewanie emocji przez pana Jaśkowiaka. Niestety w ten sposób podeptał również pamięć o tragicznych ofiarach wydarzeń, które miały miejsce 60 lat temu w Poznaniu.

Prezydent Poznania już kilka tygodni przed uroczystościami zapowiadał, że wykorzysta fakt, iż w uroczystościach weźmie udział prezydent Polski, Andrzej Duda, i wygłosi przemówienie, w którym zamierza krytykować obecne władze państwowe. Pomimo apeli kierowanych ze strony radnych PiS, aby nie wykorzystywał tej rocznicy do bieżącej walki politycznej, która nijak się ma do problematyki samorządowej ani do celebrowania tej okrągłej rocznicy, prezydent Jaśkowiak dopiął swego. Wystarczy porównać pełne aluzji politycznych i utrzymane w stylistyce KOD-owskiej przemówienie Jacka Jaśkowiaka, z odnoszącym się do historii Poznańskiego Czerwca przemówieniem Andrzeja Dudy, prezydenta RP. Ale cofnijmy się jeszcze do innych wydarzeń.

Prezydent Jaśkowiak twarzą obchodów 60. rocznicy Czerwca ’56 uczynił panią Aleksandrę Banasiak, która od 1992 r. jest prezesem stowarzyszenia „Poznański Czerwiec 56” i była członkiem komitetu honorowego tegorocznych obchodów. W czasie tragicznych wydarzeń czerwcowych była pielęgniarką ze szpitala im. Franciszka Raszei, która demonstrantom ratowała życie i zdrowie. Niewątpliwie należy jej się za to ogromny szacunek. Dlaczego jednak prezydent Poznania eksponował wyłącznie jej osobę? Być może znaczenie miało to, że pani Aleksandra Banasiak od lat oficjalnie popiera Platformę Obywatelską, że w 2007 r. kandydowała do Sejmu z list tej partii i często przychodzi na KOD-owskie manifestacje, na których nieraz już zabierała głos. Tymczasem środowisko kombatantów Poznańskiego Czerwca to nie tylko pani Banasiak – działają jeszcze dwa inne stowarzyszenia skupiające czerwcowców. Wielu z nich nie utożsamia się z jej poglądami politycznymi.

Kolejnym przykładem eksponowania przez Jacka Jaśkowiaka osób kojarzonych z KOD-em jest zaproszenie na obchody Lecha Wałęsy, byłego prezydenta RP, który oficjalnie popiera tę formację i w niewybredny sposób nawołuje do walki z PiS. Postać Wałęsy budzi duże kontrowersje, przede wszystkim w związku z udowodnioną współpracą ze służbami PRL, ale także z zahamowaniem przez niego procesu dekomunizacji, gdy był prezydentem Polski, oraz w związku z osobliwymi zachowaniami i wypowiedziami mającymi miejsce w ciągu ostatnich kilku lat. Skoro został zaproszony jako były prezydent, to dlaczego na obchodach nie było Bronisława Komorowskiego i Aleksandra Kwaśniewskiego? No tak, ale gdyby na uroczystości obecni byli jeszcze dwaj inni eksprezydenci, to wtedy trudniej byłoby udzielić głosu wszystkim trzem. A może trzeba by wtedy wspomnieć również ś.p. Lecha Kaczyńskiego? Zaproszenie Lecha Wałęsy na obchody Poznańskiego Czerwca można uznać za kolejną porcję oliwy dolanej do ognia.

Jednakże najbardziej do podgrzania negatywnych emocji prezydent Poznania wykorzystał sprawę odbywającego się według wojskowego ceremoniału apelu pamięci, który pierwotnie miał mieć miejsce na głównych uroczystościach pod Poznańskimi Krzyżami. W apelu tym, zgodnie z przepisami oraz z podjętą wiele miesięcy wcześniej decyzją ministra obrony, Antoniego Macierewicza, miały być wspomniane ofiary katastrofy smoleńskiej. W mojej ocenie wspomnienie w apelu pamięci również tych, którzy zginęli w czasie innych wydarzeń niż to, którego dana uroczystość dotyczy, dla nikogo nie powinno być bulwersujące. Tutaj jednak najistotniejszy był sposób, w jaki prezydent Jaśkowiak wyraził swój sprzeciw. Ze sprawy apelu i udziału w uroczystościach wojska uczynił widowisko. Gdyby był odpowiedzialnym prezydentem miasta, szukałby kompromisowego rozwiązania i dążyłby do wyciszenia emocji społecznych. Tymczasem pan Jaśkowiak okazał się harcownikiem – wpierw głośno wyraził swój sprzeciw w tej sprawie w mediach społecznościowych, potem napisał list do ministerstwa obrony, który oczywiście zaraz upublicznił, następnie udał się do programu Tomasza Lisa, aby nadać tematowi rozgłos w całym kraju, wreszcie zwołał specjalną konferencję prasową, na której oświadczył, że rezygnuje z wojskowej asysty na uroczystościach. Jakby tego było mało wysłał jeszcze pismo do dowódcy Garnizonu Poznań, w którym mimo wcześniejszej rezygnacji namawiał wojsko do udziału w uroczystościach pod Poznańskimi Krzyżami, ale bez odczytywania apelu pamięci i oczywiście ten list także upublicznił. W tym kontekście incydent związany z decyzją gabinetu prezydenta Poznania o niewpuszczeniu orkiestry wojskowej na główne uroczystości jest kompletnie niezrozumiały. Skutkiem tej decyzji był skandal dyplomatyczny wywołany nieodegraniem hymnu Węgier, pomimo obecności na uroczystościach prezydenta tego kraju, Janosa Adera.

Z efektami działań pana Jaśkowiaka mogliśmy się zapoznać na placu pod Poznańskimi Krzyżami. W pobliżu strefy VIP oraz kamer telewizyjnych zgromadziła się zorganizowana grupa osób wyposażona w czerwone kartki, egzemplarze Konstytucji, gwizdki i trąbki (wuwuzele), a więc przedmioty, które raczej nie służą do klaskania. Gdy na miejsce przybył Lech Wałęsa, w geście poparcia grupa ta zaczęła skandować jego imię i nazwisko. Gdy z kolei przybył na plac Andrzej Duda, wtedy zaczęli buczeć, gwizdać i skandować inne hasła. Również wtedy, gdy Andrzej Duda wygłaszał swoje przemówienie, w którym oddawał hołd poległym poznaniakom, zachowywali się tak samo – niemal cały czas go przekrzykiwali i usiłowali zagłuszyć, skandowali m.in. „Konstytucja”, „Wolny Poznań” oraz niecytowalne inwektywy. Tak samo zachowywali się, gdy Piotr Gliński odczytywał list od premier Beaty Szydło oraz pod koniec przemówienia przewodniczącego wielkopolskiej „Solidarności”, Jarosława Lange. Jacek Jaśkowiak, mimo tego, że był gospodarzem i głównym organizatorem tych uroczystości, mimo tego, że sam zaprosił do Poznania prezydenta Polski, ani razu nie podjął próby, aby uspokoić skandujących – tej grupy, która jemu biła gromkie brawa, a więc jego zwolenników. W rezultacie na zagłuszające wrzaski KOD-owców zaczęli odpowiadać zwolennicy prawej strony sceny politycznej. Szczególnie aktywni i słyszalni byli kibice, część z nich nawet wmieszała się w grupę KOD-owców, aby przeszkodzić im w hałasowaniu. Emocje były już jednak tak duże, że i Jacek Jaśkowiak, i Lech Wałęsa również byli zagłuszani przez swoich przeciwników. Niezagłuszane były jedynie przemówienia prezydenta Janosa Adera i Aleksandry Banasiak.

Niestety, główne uroczystości 60. rocznicy Poznańskiego Czerwca zostały zakłócone. Gdy pod koniec uroczystości przechodziłem obok prezydenta Jaśkowiaka, nie widziałem na jego twarzy smutku. Wręcz przeciwnie, był z siebie bardzo zadowolony, a kilka osób nawet do niego podeszło i mu gratulowało. Dwa dni po uroczystościach Jacek Jaśkowiak wydał oświadczenie, w którym usprawiedliwiał krzyki kierowane w stronę Andrzeja Dudy i Piotra Glińskiego. Całą odpowiedzialność za wywołanie negatywnych emocji zrzucił na ministra Macierewicza, PiS oraz prawicowe organizacje. Jacek Jaśkowiak zapisze się w historii miasta, jako człowiek, który sprofanował ważną dla Poznania rocznicę, który nie miał skrupułów, aby doniosłe święto zamienić w polityczny wiec. Być może liczył na to, że ta uroczystość zamieni się w antypisowski majdan. Na szczęście do niczego takiego nie doszło.

Dodam, że dla mnie ofiary Poznańskiego Czerwca zostały godnie uczczone w czasie wcześniejszych uroczystości – pod bramą główną HCP, pod pomnikiem przy budynku prokuratury na ul. Hejmowskiego, pod pomnikiem na ul. Kochanowskiego, przy dawnej zajezdni na ul. Gajowej, przy pomniku na ul. Roboczej, w budynku Politechniki Poznańskiej, przy bramie do dawnej hali W3. Nikt tam nie buczał, nie trąbił i nie skandował – bo nikt nie urządzał tam politycznego wiecu.

Na koniec wspomnieć chcę również o inicjatywie pod nazwą Wielkopolska Prawica zrzeszającej przedstawicieli różnych organizacji społecznych i politycznych. Zaznaczyła ona swoją obecność w sposób pozytywny, m.in. eksponowała transparent o treści "Wielkopolska Prawica w hołdzie powstańcom Czerwca '56" oraz transparent odnoszący się do przyjaźni polsko-węgierskiej. Delegacja Wielkopolskiej Prawicy składała również kwiaty pod pomnikiem przy bramie głównej HCP. Uważam, że właśnie w taki sposób organizacje społeczne i polityczne powinny uczestniczyć w tak szczególnych wydarzeniach, jakimi są ważne rocznice.

grafiki i fotografia: poznan.pl, Wielkopolska Prawica

sobota, 18 czerwca 2016

Sześciolatki i rząd PiS winne kłopotom w poznańskiej oświacie?


Wywodzące się z PO władze Poznania co jakiś czas uprawiają antyrządową retorykę, krytykując wprowadzoną przez PiS reformę dotyczącą sześciolatków, a dokładnie przywrócenie prawa rodzicom sześciolatków do decydowania o tym, czy posłać dziecko do szkoły, czy też pozostawić w przedszkolu. Włodarze miasta już kilka razy starali się przedstawić sytuację w oświacie w ciemnych barwach w taki sposób, aby wyglądało na to, że wina spoczywa na rządzie PiS.

Na początku tego roku rządzący Poznaniem krytykowali wspomnianą reformę mówiąc, że przez sześciolatki, które zostaną w przedszkolach zabraknie w tych placówkach edukacyjnych miejsc aż dla 3.500 trzylatków. Po zakończeniu rekrutacji do przedszkoli, a więc w kwietniu, okazało się, że już ok. 1.000 zgłoszonych trzylatków nie pójdzie do przedszkola, czyli dużo mniej niż zapowiadano. Należy tu dopowiedzieć, że ta sytuacja nie wynikała z braku miejsc, ale z terytorialnego niedostosowania do potrzeb sieci przedszkoli – wolne miejsca były, ale rodzice musieliby jeździć z dziećmi na drugi koniec miasta. W nieco mniejszej skali ten sam problem istniał także w latach ubiegłych – przypomnę, że rok wcześniej miejsce w przedszkolach znalazło nie 100%, ale 87% zapisanych trzylatków, a był to rok, w którym wolnych miejsc w przedszkolach powinno być najwięcej, gdyż wtedy zaczynał wchodzić w życie narzucony przez rząd PO-PSL obowiązek posyłania sześciolatków do szkół.

W czerwcu część mediów obiegła elektryzująca wiadomość, że w Poznaniu pracę straci aż 500 nauczycieli. Komunikat był taki, że stan ten miał być spowodowany sytuacją demograficzną oraz pisowską reformą oświaty, przy czym większość miejsca zajęły oceny piętnujące rzekomo „nieodpowiedzialną politykę rządu PiS”. Dla przeciętnego Kowalskiego przekaz był następujący – "przez PiS pracę w Poznaniu straci 500 nauczycieli". W związku z tymi doniesieniami medialnymi przewodniczący Komisji Oświaty i Wychowania w Radzie Miasta Poznania, Przemysław Alexandrowicz (PiS) poprosił Wydział Oświaty Urzędu Miasta Poznania o przedstawienie szczegółowych danych. I co się okazało?

Biorąc pod uwagę rozwiązania stosunku pracy wynikające z ograniczenia zatrudnienia, wypowiedzeń, nieprzedłużania umów oraz z innych niezależnych od nauczycieli przyczyn, to w szkołach podstawowych liczba etatów nauczycielskich zmniejszyła się o 126. Dla porównania, w gimnazjach liczba ta wyniosła 106 etatów, w liceach 75, a w szkołach zawodowych, zawodowych specjalnych i artystycznych 103. Zmniejszyła się również liczba etatów w przedszkolach o 43. Zatem już nie 500 nauczycieli należało uwzględnić przy rozliczaniu pisowskiej reformy, ale 126 – różnica ogromna. Należy wziąć również pod uwagę fakt, że liczba 126 etatów w szkołach podstawowych obejmuje nie tylko nauczycieli klas 1-3, ale także klas wyższych, zatem rzeczywista kwota
etatów  zredukowanych z powodu reformy jest jeszcze mniejsza. Ponadto urzędnicy z Wydziału Oświaty przyznali, że przedstawione liczby do września okażą się niższe, gdyż, jak co roku, część osób idzie na urlopy zdrowotne, a część zmienia miejsce zatrudnienia nie informując o tym wcześniej zwierzchników.

Nie słyszałem, aby uwzględniano przy tej okazji jeszcze jeden czynnik wpływający na zatrudnienie nauczycieli w Poznaniu. Jest nim systematyczne zmniejszanie się liczby mieszkańców naszego miasta spowodowane migracją do ościennych gmin. To w dużej mierze rejonowe placówki oświatowe, szczególnie te w wyludniającym się centrum miasta, mają największe problemy z rekrutacją uczniów, a co za tym idzie brakuje etatów dla nauczycieli. I może władzom Poznania wygodniej jest znaleźć kozła ofiarnego w postaci rzekomo „nieprzemyślanej polityki rządu PiS”, zamiast mówić o skutkach trwającej od wielu lat tendencji wyludniania się naszego miasta. Łatwo jest pokrzyczeć na „kaczystów” na manifestacjach, trudniej jest skutecznie powstrzymać migrację mieszkańców. Łatwo jest ponarzekać na konferencjach prasowych na rząd PiS w sprawie braku miejsc dla trzylatków, trudniej jest dostosować sieć przedszkoli do potrzeb poznaniaków. Cóż, taką taktykę walki z PiS przyjęła PO w Poznaniu. Nie twierdzę, że ta reforma dotycząca sześciolatków we wszystkich aspektach przebiega bezboleśnie, ale pamiętajmy, że rząd PiS w interesie dzieci i ich rodziców
musiał podjąć działania naprawcze po edukacyjnych eksperymentach wdrażanych przez koalicję PO-PSL

fot. Krystian Maj / Agencja FORUM

środa, 8 czerwca 2016

Paradoksalny układ komunikacyjny przy Kupcu Poznańskim

23 maja 2016 r. złożyłem interpelację w sprawie układu komunikacyjnego przy przystanku wiedeńskim "Plac Wiosny Ludów" (tutaj). Zwróciłem w niej uwagę na to, że wymusza on na kierowcach jadących ul. Strzelecką łamanie prawa.

Na wyniesionym fragmencie jezdni, który ma ułatwiać wsiadanie i wysiadanie z tramwaju (tzw. przystanek wiedeński) jest namalowana linia przystankowa P-17. Zgodnie z przepisami kierowcy nie mogą się na tej linii zatrzymywać, tylko muszą przez nią przejechać. Problem polega na tym, że tuż za przystankiem znajduje się przejście dla pieszych i nie ma sygnalizacji świetlnej, w związku z czym niemal non-stop przechodzą tam piesi idący w stronę Starego Rynku lub w stronę Starego Browaru. W związku z tym, zwłaszcza w godzinach szczytu, tworzy się tam korek i tym samym pojazdy stoją na linii P-17. To z kolei może spowodować, że posypią się mandaty.

Zaproponowałem, aby przerobić przystanek wiedeński na tzw. przystanek przylądkowy, czyli taki, którego krawędź byłaby maksymalnie zbliżona do torowiska, a kierowcy musieliby jechać tym torowiskiem. W odpowiedzi wiceprezydent Wudarski potwierdził istnienie takiej sytuacji (tutaj). Powołał się na opinię p.o. dyrektora ZTM, który stwierdził, że przystanek przylądkowy (antyzatoka) w tamtym miejscu nie sprawdziłby się, gdyż stojące na torowisku samochody blokowałyby tramwaje. Rozwiązaniem w jego opinii byłaby zmiana organizacji ruchu w rejonie Placu Wiosny Ludów.

Nie podoba mi się do końca argumentacja przytoczona przez wiceprezydenta, którą można streścić następująco: co prawda łamane są przez kierowców przepisy, ale i tak mimo mankamentów przystanek wiedeński ułatwia pieszym wchodzenie i wychodzenie z tramwaju. Bo to jest takie przymykanie oka. Na szczęście sprawą ma się zająć Komisja Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego działająca przy Zarządzie Dróg Miejskich, zatem może uda się unormować tę paradoksalną sytuację.

źródło grafiki: Wikipedia

niedziela, 5 czerwca 2016

Figura Chrystusa jako zapowiedź krwawego Majdanu


Do podręczników retoryki i dziennikarstwa powinien trafić felieton Wojciecha Maziarskiego, który ukazał się w "Gazecie Wyborczej" 2 czerwca 2016 r. zatytułowany "Potrzebujemy wcześniejszych wyborów". Maziarski przeprowadza w nim kuriozalny wywód, wedle którego przewiezienie przez wojskowy transporter figury Chrystusa dowodzi tego, że w Polsce pod rządami PiS może dojść do Majdanu, który będzie równie krwawy jak ukraiński. W związku z tym potrzebne są przedterminowe wybory, aby się przed tym uchronić.


Felieton Maziarskiego zawiera mnóstwo sofizmatów, a sofizmat to wszelka próba dowodzenia swoich racji, bez względu na poprawność logiczną czy podstawę faktyczną przedstawionej argumentacji. Sofizmat często opiera się na wieloznaczności słów i niedomówieniach. Pojęcie sofizmatu dobrze jest wyjaśnione w Wikipedii (tutaj), która przytacza różne jego przykłady, choćby taki, w którym sofista „dowodzi” młodzieńcowi, że miód może być równocześnie słodki i niesłodki, albo inny, w którym można „dowieść”, że 5 jest liczbą parzystą i nieparzystą jednocześnie.

Czytając artykuł Maziarskiego głośno się zaśmiałem, gdy doszedłem do następującego fragmentu:

„Nazwijmy rzecz po imieniu: w tym tygodniu PiS przekroczył Rubikon, używając wojska przeciw społeczeństwu, choć - jeszcze?, na razie? - przemoc miała wymiar symboliczny i ograniczyła się do demonstracji siły: wojsko eskortowało święty posąg, żeby pokazać, że katoliccy talibowie mają wsparcie sił zbrojnych”.

Maziarski odniósł się w tych słowach do wydarzenia, które miało miejsce w Poznaniu – do przewiezienia do parafii Najświętszego Serca Jezusa i świętego Floriana figury Jezusa Chrystusa, będącej elementem Pomnika Wdzięczności. Wykorzystany został do tego celu transporter wojskowy, który siłą rzeczy był obsługiwany przez żołnierzy. Wydarzenie to było relacjonowane przez wiele mediów i można dokładnie się przyjrzeć tej „przemocy”, „demonstracji siły”, „siłom zbrojnym”, „talibom” i „eskorcie”. Być może pan Maziarski pisząc ten artykuł oglądał równocześnie „Karbalę” i wszystko mu się po… mieszało.

„PiS użył wojska przeciw społeczeństwu”. „PiS” to Antoni Macierewicz, który jako minister obrony narodowej zgodził się na udzielenie pomocy Społecznemu Komitetowi Odbudowy Pomnika Wdzięczności w transporcie kilkutonowej figury Jezusa Chrystusa. „Użycie wojska” to w tym przypadku wykorzystanie wojsk inżynieryjnych do transportu figury. Równie dobrze można by nazwać „użyciem wojska” budowanie przez żołnierzy mostu pontonowego na Wiśle. „Użyciem wojska” byłoby też napełnianie worków piaskiem przez żołnierzy w celu umocnienia wałów przeciwpowodziowych lub udostępnienie garkuchni na Przystanku Woodstock. Z kolei „społeczeństwo” to według Maziarskiego „wybrany przez obywateli samorząd”, co należy rozumieć przez prezydenta miasta Poznania, który ma przeciwne zdanie niż przedstawiciele Komitetu Odbudowy Pomnika. Zabawne jest żonglowanie pojęciami Maziarskiego, bo skoro „społeczeństwo” to wybrany przez obywateli samorząd, to tak samo „społeczeństwem” musiałby być wybrany przez obywateli sejm i senat, w którym obecnie większość ma PiS, a temu pan Maziarski przy każdej okazji, również w tym felietonie, zaprzecza.

Cytowane zdanie zawiera również sofizmat oparty na niedomówieniu. Co prawda Maziarski stwierdza, że „przemoc” polegająca na „użyciu wojska” miała wymiar symboliczny, ale używa magicznych słów „jeszcze” i „na razie”. Politycy PO i Nowoczesnej oraz liderzy KOD-u bardzo często używają tych słów kreując fikcję, która ma udawać rzeczywistość. Czas przyszły niedokonany.

Czy na ulice wyjechały czołgi, a wojsko zaczęło strzelać do mieszkańców? Oczywiście, że nie. Ale takie skojarzenia mają budzić słowa Maziarskiego, by dalej gładko mógł napisać:

„Czy potrzeba więcej dzwonków alarmowych? (…) Wcześniejsze wybory są bardzo potrzebne. Ich alternatywą jest autorytarna dyktatura PiS i polski Majdan, który może się okazać równie krwawy jak ukraiński – wszak doświadczenie ostatniego poniedziałku dowodzi, że rządzący są gotowi użyć wojska jako narzędzia do rozstrzygania sporów politycznych w kraju”.

Dalej publicysta „Gazety Wyborczej” w swym wywodzie szybuje do stratosfery:

„(…) agresywna, rządząca mniejszość wmawia Polakom, że jest większością, i obraża wszystkich, którzy ośmielają się sprzeciwić. Łamie konstytucję, prześladuje i knebluje oponentów, przeprowadza czystki. (…) Postulat wcześniejszych wyborów i pociągnięcia liderów PiS, z Jarosławem Kaczyńskim na czele, do odpowiedzialności jest znakomitym celem”.

Większość, która jest mniejszością i mniejszość, która jest większością. Jaaasne. Czy w Polsce mamy do czynienia z autorytarną dyktaturą? Po przeczytaniu felietonu Maziarskiego można odnieść wrażenie, że Kaczyński jest gorszy od Jaruzelskiego, że w zasadzie należy go traktować na równi ze zbrodniarzami, takimi jak Hitler czy Mussolini. „Łamanie konstytucji”, „prześladowania”, „kneblowanie”, „czystki”, „użycie wojska przeciw społeczeństwu”, „krwawy Majdan”...

Wyglądam za okno i niczego podobnego nie widzę. Po co zatem pisać takie dyrdymały? Po to, aby frekwencja na manifestacjach KOD-u była jak najwyższa. Wszak „Gazeta Wyborcza” od kilku tygodni, dzień w dzień zaprasza na manifestacje organizowane przez KOD, codziennie na swych łamach krytykuje PiS i już nie wieszczy, ale „relacjonuje” rzekomą apokalipsę.

Jest jeszcze jeden cel pisania takich bzdur. Wszak wielu dziennikarzy „Gazety Wyborczej” pisze artykuły o Polsce w zagranicznych gazetach – chodzi o to, aby taki pan Timmermans, Clinton, Bono czy burmistrz Kopenhagi czytali o „użyciu wojska”, „krwawym Majdanie”, „czystkach” i „prześladowaniach”. Nieważne, że to czas przyszły niedokonany, nieważne, że to fantastyka – chodzi o to, aby skłonić ich do zewnętrznej interwencji, do nałożenia sankcji. Bo jeśli udałoby im się odsunąć PiS od władzy to byłby powrót „normalności”, czyli amatorów ośmiorniczek, specjalistów od kupy kamieni oraz kolekcjonerów drogich zegarków. Znowu urzędy państwowe i spółki skarbu państwa wykupiłyby prenumeraty i płatne ogłoszenia w gazetach, którym nie jest wszystko jedno.

czwartek, 24 marca 2016

Archiwum Zakładowe Urzędu Miasta Poznania pod znakiem zapytania?

Urzędnicy nie zauważyli sprzeczności, skutkiem czego przyszłość Archiwum Zakładowego Urzędu Miasta Poznania może stanąć pod znakiem zapytania. Archiwum miało powstać w zaadaptowanym budynku warsztatu Zespołu Szkół Mechanicznych przy ul. Świerkowej, na co przeznaczono w budżecie miasta kwotę 3.150.000 zł.



Tymczasem plan miejscowy "Świerczewo - część A", który niedługo ma być uchwalony przez Radę Miasta przewiduje, że na terenie tym (symbol UO) mogą być usytuowane jedynie usługi oświaty.



Dokładny zapis brzmi:
Miejscowy plan "Świerczewo - część A" został pozytywnie zaopiniowany przez Komisję Polityki Przestrzennej. Zobaczymy, jakie wyjście z tej sytuacji znajdą władze miasta.