wtorek, 13 sierpnia 2013

Afera transparentowa z bliska i z dystansu (UWAGA: zawiera wulgaryzmy)

Z jednej strony w sprawie transparentu słyszeliśmy głosy totalnego potępienia. Za incydent przepraszały władze klubu piłkarskiego, przepraszał MSZ, przepraszał prezes Boniek, przepraszał prezydent Grobelny i wojewoda Florek, przepraszały media. Winna jest tylko jedna strona – kibole Lecha – zarówno w sprawie wywieszenia transparentu, jak i wtedy, gdy tydzień wcześniej pojechali do Wilna i śpiewali polski hymn przed Ostrą Bramą. Z drugiej zaś strony słyszymy absolutną pochwałę i brak spojrzenia z dystansu.
Co widać z dystansu? Z dystansu wygląda to tak samo jak uliczny zatarg – jeden wyzywa od najgorszych drugiego. Postronny przechodzień nie widzi jak sytuacja wyglądała kilka minut wcześniej, poza tym, jeśli nie mieszka w tej okolicy, to nie ma nawet ochoty zagłębiać się w to, kto ma w tym sporze rację. Jeśli jeszcze w dodatku jest uprzedzony, to wszystko mu pasuje do obrazka i rezygnuje z dociekliwości. Można też spojrzeć na to z bliska, oczyma uczestnika zatargu, który będąc osobą pokrzywdzoną, po prostu nie wytrzymuje i zaczyna bluzgać. Bluzgać jest mu łatwo, bo jest człowiekiem ulicy, który nie mieszka w apartamentowcu. W ferworze ulicznego wyzywania nie widzi, że przekracza pewne granice.
Bluzg jest bluzgiem, nawet jeśli w sporze ma się rację. Wyrażenie „chamie, klęknij przed panem” nie jest obraźliwe ze względu na użyte słowa. Do wyzywania od „chamów” i mówienia, że „ktoś klęka przed kimś” przyzwyczaił nas niejeden polityk. Skoro politykom wolno, to tym bardziej kibicom. Tych słów się nawet nie cenzuruje. Kibice Lecha mogli użyć dużo gorszych słów, np. zamiast staropolskiego, feudalnego „chama”, na transparencie mogło się znaleźć popularne, również wśród polityków i szacownych publicystów, ale dużo bardziej wulgarne słowo „kurwa”, co budziłoby jeszcze gorsze skojarzenia. Mogli także użyć słowa „pies”, a gdyby (ku uciesze Adama Michnika) byli faszystami – „podczłowiek”. W zestawie wymienionych słów, „cham” wydaje się wręcz przyzwoite.
Wyrażenie „chamie, klęknij przed panem” jest obraźliwe i wzbudziło moje oburzenie, ponieważ w relacji pan-poddany ustawione zostały dwa narody, co było naruszeniem godności jednego z nich. A godności żadnego narodu, bez względu na to, jakie miałby przewiny na swoim koncie (nawet jeśli naruszał godność innych narodów – w czym prym wiedli Niemcy za czasów Adolfa Hitlera) nie wolno naruszać. Nie ma tutaj znaczenia również liczebność narodu – ani większemu nie wolno godzić w mniejszy, ani mniejszemu godzić w większy. Dlaczego? Bo godność i honor traci nie ten, kto doznaje krzywdy i jest obrażany, ale ten, kto krzywd i obrazy dokonuje. Błąd części kibiców polega na tym, że w zaparte bronią napisu – w myśl zasady, że słuszny gniew wolno im wyrażać w obraźliwej formie.
Co by było, gdyby napis brzmiał: „Chamie z Żalgirisu, klęknij przed panem z Lecha”? Prawdopodobnie sprawa nie zostałaby tak szeroko omówiona, gdyż wszystko byłoby zrzucone na konwencję kibicowskiego „przezywania”, aczkolwiek niektóre media pewnie zaczęłyby doszukiwać się na siłę podtekstów nacjonalistycznych. Tylko, że w takiej wersji sens napisu byłby zupełnie inny. Błąd strony krytykującej „transparent nienawiści” polega na tym, że na sprawę patrzy wyłącznie z dystansu – widzi bluzg, a nie interesuje się w ogóle kontekstem. Gorzej, część potępiających, w imię świętego spokoju z Litwinami, gotowa jest zakneblować usta krytykujące politykę władz litewskich wobec mniejszości polskiej na Litwie i stwierdzają, że każdy naród ma coś na sumieniu: Litwini wobec Polaków i Polacy wobec Litwinów, dlatego najlepiej dać sobie z tym spokój. Stronie litewskiej jest to bardzo na rękę. Jest to na rękę także polskim władzom, które nieskutecznie bronią praw należnych mniejszości polskiej na Litwie.
Brak zainteresowania kontekstem został wyrażony wprost na poznańskiej stronie „Gazety Wyborczej”, gdzie opublikowany został komentarz niejakiego Sebastiana, kibica Kolejorza, w którym możemy przeczytać:Nie interesują mnie powody, dla których ten tekst się pojawił. Czy była to forma „rewanżu” za jakieś wydarzenia w Wilnie, czy był to kolejny etap nacjonalistycznej (patriotycznej???) postawy Kiboli. Żaden bowiem powód nie pozwala obrażać innego narodu, a w tym przypadku jego kibiców czy piłkarzy. („Kibic Kolejorza: ‘jest mi po prostu mega wstyd’”, 11.08.2013, poznan.gazeta.pl). Taką samą postawą braku zainteresowania kontekstem wykazała się poznańska prasa. Na kilkanaście internetowych artykułów z „Gazety Wyborczej” i „Polski The Times” („Głosu Wielkopolskiego”, „Dziennika Zachodniego”) dotyczących zachowania kibiców przy okazji meczu w Wilnie i meczu w Poznaniu, zaledwie dwa („Wiara Lecha odpowiada ks. Jaworskiemu: ‘Polska w Wilno wryła się nieusuwalnie’”, 03.08.2013, poznan.gazeta.pl i „Lech Poznań: Transparent nienawiści na stadionie”, 10.08.2013, gloswielkopolski.pl) dopuściły do głosu samych kibiców.
Co sprawiło, że kibice z oddalonego od Wilna o 760 km jazdy samochodem Poznania wywiesili transparent o tak bardzo kontrowersyjnej treści? Nie była to chęć rewizji granicy polsko-litewskiej, lecz odpowiedź na to jak na Litwie traktowana jest polska mniejszość, a także jak potraktowani zostali kibice Lecha w Wilnie. Mniejszość polska na Litwie liczy około 230.000 osób, co stanowi blisko 7% populacji tego kraju. W rejonie Wilna ludność polska stanowi 63%, a w rejonie Soleczników aż 80%. Obecność Polaków na tych ziemiach wynika z historii – nie byliśmy tam ciałem obcym. Od czasów Władysława Jagiełły aż do rozbiorów, Polskę i Litwę łączyła unia. To jest około 400 lat braterskiego współistnienia. Z tych samych powodów Litwini stanowią także mniejszość w Polsce. Jest ich około 8.000 głównie w powiecie sejneńskim, gdzie w gminie Puńsk (lit. Punskas) stanowią 74% ludności.
Problem polega na tym, że o ile w Polsce prawa litewskiej mniejszości są przestrzegane to na Litwie prawa mniejszości polskiej są naruszane. Litwa nie wywiązuje się z podpisanego Traktatu o przyjaznych stosunkach i dobrosąsiedzkiej współpracy. Nie ma możliwości stosowania dwujęzycznych tablic z nazwami miejscowości, nakładane są grzywny na przewoźników i firmy transportowe, które stosują dwujęzyczne rozkłady jazdy i podwójne zapisy nazw miejscowości. Język polski nie ma na Litwie statusu języka pomocniczego, Litwinom narodowości polskiej nie wolno zapisywać swoich nazwisk w oryginalnej formie, ale muszą je lituanizować (np. Kowalski może być zapisywany tylko jako Kovalskie lub Kovalski). Jeśli w jakiejś gminie z powodu mniejszej ilości uczniów ma być zamykana jakaś szkoła, to z zasady nie zamyka się szkoły z językiem litewskim, lecz z językiem mniejszości polskiej. Do tego dochodzą takie doniesienia jak to, że na cmentarzu na Rossie wandale zniszczyli grób, w którym pochowano serce Józefa Piłsudskiego. Z kontekstu jednoznacznie wynika, że w relacjach Litwa-Polska, to Polacy są stroną gorzej traktowaną – ale przy okazji „afery transparentowej” media wolą tego nie zauważać.
Rozważały za to, czy poznańskim kibicom wypadało odśpiewać przed Ostrą Bramą hymn Polski. Przytaczały opinię księdza Edmunda Jaworskiego, który sytuację tę porównywał do odśpiewania we Wrocławiu przez niemieckich kibiców hymnu „Niemcy, Niemcy ponad wszystko”. Rozważania te trochę dziwią – wiele osób pamięta, że chociażby w czasie Euro 2012 nieraz kibice różnych krajów śpiewali swoje hymny na ulicach polskich i ukraińskich miast. Dlaczego miałby być z tym problem w mieście litewskim? Na nagraniu zamieszczonym w Internecie widać, że kibice przed Ostrą Bramą odśpiewali „Mazurek Dąbrowskiego” (4 zwrotki) oraz zaśpiewy: „Polskie Wilno”, „Poznań, Poznań! Hej, Kolejorz!”, „Kolejorz, Kolejorz”. Gdy tłum kibiców szedł dalej, ktoś krzyknął nawet „Czapki z głów pod Bramą!”. Do żadnej rozróby nie doszło.
W sytuacji, w której Polacy na Litwie nie mają lekko, taki występ kibiców pod Ostrą Bramą miał charakter pokrzepiający. Tymczasem na ich głowy posypała się krytyka ze strony „Głosu Wielkopolskiego” i „Gazety Wyborczej”. Wielu kibiców miało zresztą żal o to, że media nie opisały sytuacji, w której w czasie śpiewania na meczu hymnu Polski, z litewskiej strony leciały gwizdy i hasła typu „Polska kurwa” i że niszczono samochody z polskimi rejestracjami. To wszystko wzbudziło w kibicach emocje, które doprowadziły do wywieszenia chamskiego transparentu. Przytoczenie tego kontekstu nie sprawia, że napis na transparencie jest w jakikolwiek sposób usprawiedliwiony. Jak napisałem wcześniej – bluzg pozostaje bluzgiem i kara za to jak najbardziej się należy. Włodarze, z wojewodą Florkiem i ministerstwem spraw zagranicznych na czele, powinni stronę litewską oczywiście dyplomatycznie przeprosić, ale powinni również dać odczuć, że Litwini mają swoje za uszami. Czym bowiem jest jednorazowe upokorzenie ze strony kibiców klubu piłkarskiego, wobec codziennego upokarzania mniejszości polskiej przez aparat państwowy Litwy?
W tym świetle kuriozalna wydaje się akcja „Przepraszamy Litwinów” zainicjowana przez środowisko „Gazety Wyborczej”, do udziału w której zachęcani są wszyscy Polacy. Równocześnie inicjatorzy sami obrażają środowisko kibiców słowami: Trzeba być skrajnym idiotą i jednocześnie mieć dużo złej woli, żeby wymyślić takie hasło. Kibole powinni za ten odrażający wygłup przeprosić. Owszem, autorzy transparentu powinni przeprosić i ponieść konsekwencje swojego czynu, ale z drugiej strony prześciganie się w przepraszaniu strony litewskiej powinno mieć swoje granice. Niech władze i czołowe media zaczną wreszcie bronić praw mniejszości polskiej na Litwie. A tym, którym nie podobał się występ kibiców pod Ostrą Bramą dedykuję fragment naszej epopei narodowej naszego wieszcza, Adama Mickiewicza:
Litwo! Ojczyzno moja! Ty jesteś jak zdrowie;
Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie,
Kto cię stracił. Dziś piękność twą w całej ozdobie
Widzę i opisuję, bo tęsknię po tobie.
Panno święta, co Jasnej bronisz Częstochowy
I w Ostrej świecisz Bramie! Ty, co gród zamkowy
Nowogródzki ochraniasz z jego wiernym ludem!
Jak mnie dziecko do zdrowia powróciłaś cudem,
(…)
Tak nas powrócisz cudem na Ojczyzny łono.
Tymczasem przenoś moją dusze utęsknioną
Do tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych,
Szeroko nad błękitnym Niemnem rozciągnionych;
Do tych pól malowanych zbożem rozmaitem,
Wyzłacanych pszenicą, posrebrzanym żytem;
Gdzie bursztynowy świerzop, gryka jak śnieg biała,
Gdzie panieńskim rumieńcem dzięcielina pała,
A wszystko przepasane jakby wstęgą, miedzą
Zieloną, na niej z rzadka ciche grusze siedzą.


czwartek, 8 sierpnia 2013

Msza Lechitów na otwarcie sezonu piłkarskiego. Będzie sukces?

We wtorek (23 lipca 2013 - przyp. aut.) o godzinie 20:00 odbyła się uroczysta Msza Św. w kościele pod wezwaniem Św. Jerzego na Grunwaldzie. Uczestniczył w niej prawie cały skład piłkarski z trenerami. Uczestnicy modlili się o powodzenie w nadchodzącym sezonie piłkarskim. Czy zapewnią tym sobie sukces w lidze?

Chyba nie o to chodzi, żeby tylko wymodlić sobie zwycięstwo. Wśród piłkarzy wielu jest takich, których wiara jest autentyczna i nie ma nic wspólnego z pogańskim „zamawianiem” czy zabobonem. Wymieńmy kilka znanych postaci polskiej piłki, które wydają się do wiary podchodzić poważniej. Marek Citko, który grał m.in. w Widzewie, Legii i Cracovii, dziś w wielu miejscach dzieli się swoją wiarą z innymi. Jakub Błaszczykowski jest kapitanem reprezentacji Polski i przyłączył się do akcji „Nie wstydzę się Jezusa”. Do tej samej inicjatywy dołączył Robert Lewandowski, również reprezentant Polski. Na pewno wiele osób widziało słynne zdjęcie bramkarza, Przemysława Tytonia, który zaraz po wejściu na boisko odmówił modlitwę, po czym obronił rzut karny.

Wiadomo, każdy chce wygrywać, ale sport wiąże się również z ponoszeniem niechcianych porażek. Ba, w karierze piłkarza porażki zdarzają się o wiele częściej niż spektakularne zwycięstwa. Co prawda liczy się wynik, ale jeszcze bardziej w sporcie liczy się wola walki, dodajmy walki fair. Kibole z Wiary Lecha rozumieją to najlepiej. „Wiara” w ich nazwie ma w tym przypadku podwójne znaczenie – to gwarowe i to ogólnopolskie.

Deklarowanie przywiązania do religii, zwłaszcza chrześcijańskiej, w czasach promocji „neutralności światopoglądowej” i „świeckiego państwa”, raczej nie przekłada się na doczesne profity. Wręcz przeciwnie, taki religijny coming out może być przez niektóre środowiska uznany za, delikatnie mówiąc, nietakt czy wręcz zacofanie. W związku z tym, jeśli ktoś (zwłaszcza w sporcie) decyduje się na okazanie wiary, to musi to być gest wymagający odwagi i przemyślany.

Oczywiście nie należy zapominać o przysłowiu, które mówi, że co prawda Pan Bóg kule nosi, ale to jednak człowiek strzela. Zatem w nowym sezonie życzymy Lechitom samych dokładnych podań i jak najwięcej celnych strzałów na bramkę przeciwnika. No i oczywiście tytułu Mistrza Polski.

niedziela, 14 lipca 2013

Rondo Ofiar Katastrofy Smoleńskiej w Swarzędzu

10 lipca, w dzień kolejnej miesięcznicy Tragedii Smoleńskiej odbyła się uroczystość nadania rondu w Swarzędzu imienia Ofiar Katastrofy Smoleńskiej. W kościele p.w. Chrystusa Jedynego Zbawiciela odbyła się Msza św. w intencji Ojczyzny i wszystkich ofiar katastrofy z parą prezydencką na czele. Następnie uczestnicy ceremonii, w asyście policji i straży miejskiej, przeszli ulicami Swarzędza na rondo, gdzie odbyło się jego poświęcenie. 
 





Decyzję o nadaniu rondu imienia Ofiar Katastrofy Smoleńskiej podjęła Rada Miasta Swarzędza. To pierwsze tego rodzaju upamiętnienie na terenie okręgu poznańskiego, sygnowane przez władze lokalne – pierwsze od ponad 3 lat.

Jest jakiś niezrozumiały, cichy opór przeciwko upamiętnianiu tej tragicznej śmierci prawie 100 osób, które zginęły na posterunku

– powiedział poseł PiS Tadeusz Dziuba i dodał:

Przywiązuję wielką wagę do tej uchwały Rady Miejskiej Swarzędza, ponieważ przełamuje ona tę zmowę milczenia.

Przewodniczący Rady Miasta Swarzędza, Marian Szkudlarek, powiedział:

Podchodzimy do tego bez żadnego podtekstu politycznego, w sposób naturalny, że zginęli tam przedstawiciele najwyższych władz państwowych. Respektując prawo i porządek uznaliśmy, że w naszym mieście jest też potrzeba, żeby było takie rondo – dla tych, którzy teraz żyją, dla historii.

Zdzisław Kulczyński, szef swarzędzkich struktur PiS, dzięki którego staraniom propozycja nadania imienia rondu została przedstawiona w Radzie Miasta przyznał:

Nie wierzyłem, że to się uda. Jesteśmy bardzo wdzięczni radnym za tę decyzję.

W przemówieniu, Tadeusz Dziuba zwrócił uwagę na 3 powody, dla których należy te ofiary upamiętniać: ponieważ pasażerowie Tu-154 lecieli, aby uczcić pamięć pomordowanych w Katyniu; ponieważ była to niemal cała elita państwowa i ponieważ do tej pory nie wyjaśniono do końca, jakie były przyczyny tej tragedii. Z kolei profesor Stanisław Mikołajczak, przewodniczący Akademickiego Klubu Obywatelskiego im. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego, wskazał na dorobek życia śp. Lecha Kaczyńskiego: wsparcie, jakiego udzielał robotnikom jako wykładowca na uczelni, prezes NIK, Minister Sprawiedliwości, Prezydent Warszawy i Prezydent Polski.

Prof. Mikołajczak wyraził również oburzenie na sposób, w jaki prowadzone jest śledztwo w sprawie tragedii smoleńskiej. Poświęcenia dokonał proboszcz parafii Chrystusa Jedynego Zbawiciela, ks. Marek Frąszczak, złożone zostały również kwiaty.







Artykuł ukazał się 11 lipca na portalu wPolityce.pl.
http://wpolityce.pl/artykuly/57779-cichy-opor-w-poznanskiem-przelamany-rondo-w-swarzedzu-nosi-imie-ofiar-katastrofy-smolenskiej

czwartek, 30 maja 2013

Historia kościoła Bożego Ciała w Poznaniu


Historia tej świątyni sięga końca XIV w. i jest związana z na pół legendarną opowieścią o trzech hostiach. Wspominał o niej w swoich annałach sam Jan Długosz. 15 sierpnia 1399 roku z dzisiejszego kościoła jezuitów na ulicy Szewskiej (wówczas był to kościół dominikanów) wykradzione zostały trzy hostie. Ze względu na to, aby nie budzić narodowo-religijnych resentymentów nie wszędzie się dziś wspomina o tym, że zbezczeszczenia dopuściło się kilku miejscowych Żydów. Zresztą jest to rzecz trzeciorzędna, bo najważniejsze jest to, co później działo się z tymi hostiami.


Sprawcy chcieli wypróbować, czy hostie rzeczywiście są ciałem Chrystusa i dokonali tego w kamienicy przy ulicy Żydowskiej. Gdy zaczęli kłuć je nożami, wtedy wytrysnęła z nich krew. Jedna z kropli spadając na niewidomą Żydówkę, uzdrowiła ją ze ślepoty. Przerażonym sprawcom nie udało się tych hostii ani zakopać w ziemi, ani utopić w studni, gdyż za każdym razem, w cudowny sposób wyłaniały się na powierzchni. Dziś (o czym niektórzy nie wiedzą, bo nie rzuca się on w oczy) w kamienicy tej, na rogu ulic Żydowskiej i Kramarskiej, znajduje się kościół pod wezwaniem Najświętszej Krwi Pana Jezusa.

Świętokradcy postanowili skradzione hostie utopić na nadwarciańskich bagnach, ale i gdy to się nie udało, porzucili je. Relikwie zostały jednak odnalezione przez pasterza i w asyście biskupa Wojciecha Jarzębca przeniesione do nieistniejącej dziś fary (znajdowała się na miejscu Placu Kolegiackiego). W tajemniczy sposób hostie pojawiały się na łąkach, w miejscu ich odnalezienia, w związku z czym wybudowano tam drewnianą kapliczkę. Król Władysław Jagiełło nakazał, aby w tamtym miejscu powstała świątynia – kościół Bożego Ciała dzisiaj niedaleko ulicy Łąkowej. Opiekę nad tym miejscem przejęli karmelici.

W XV i XVI wieku kościół stał się celem licznych pielgrzymek, sanktuarium, gdyż dokonywały się tam cuda. Dzisiaj kościół stał się swoistym ośrodkiem skupiającym środowiska zaangażowanych religijnie i społecznie poznaniaków. Odbywają się tam liczne nabożeństwa, Msze św. za Ojczyznę, wyruszają stamtąd marsze religijne i patriotyczne, m.in. marsz dla uczczenia 150 rocznicy wybuchu powstania styczniowego, czy marsze Krucjaty Różańcowej za Ojczyznę. Warto przyjrzeć się tej świątyni, gdyż przyciąga ona również pięknem swojej architektury i wystroju.

Artykuł ukazał się na stronie www.BLUBRY.pl.
http://www.blubry.pl/z-poznania/historia-ko%C5%9Bcio%C5%82-bo%C5%BCego-cia%C5%82-w-poznaniu

poniedziałek, 27 maja 2013

Uczniowie w obronie pani od polskiego


Już ponad 700 osób podpisało się pod petycją w obronie pani Edyty Rędzioch, nauczycielki języka polskiego, która w szkole przy ul. Hangarowej 14 w Poznaniu uczy od 25 lat. Kiedy Państwo to czytacie, liczba sygnatariuszy może być już nieaktualna, gdyż podpisów przybywa z każdą chwilą. W obronie nauczycielki stanęli jej obecni uczniowie, a także absolwenci, którzy byli jej podopiecznymi oraz rodzice. Przypomina się scena z filmu „Stowarzyszenie umarłych poetów”, kiedy to uczniowie solidaryzowali się z nauczycielem literatury, granym przez Robina Williamsa.

Edycie Rędzioch okrojono etat do 1/2 i przesunięto do pracy w świetlicy. Oficjalny powód, to konieczność zmniejszenia kadry polonistycznej. Nieoficjalnie niektórzy mówią o konflikcie nauczycielki z dyrektorem szkoły, Jarosławem Haładudą. W komentarzach internetowych można znaleźć informację, że dyrekcja wcześniej „pozbyła się”, również lubianego przez uczniów pana Lackowskiego oraz, że robione są przymiarki do prywatyzacji szkoły.

Dyrektor Haładuda na temat protestu wypowiedział się sceptycznie, nie podobało mu się, że w sprawę zostały włączone dzieci i że według niego nie jest to zgodne z etyką zawodową nauczyciela: „O sprawach kadrowych nie dyskutuje się z uczniami”. Opowiedział również o powodach swoich decyzji personalnych: „Głównym powodem zmniejszenia wymiaru pracy jest zmniejszenie ilości oddziałów w szkole i reguluje to art. 20 Karty Nauczyciela. W tym roku mamy 6 klas gimnazjalnych, a w nowym roku szkolnym będzie ich 5”. Dodał, że dla niego najważniejsze było, aby żaden z nauczycieli nie stracił pracy, w związku z czym trzeba było okroić etaty. Decyzja ta była konsultowana ze związkami zawodowymi, które pytały o szczegóły - ilu jest nauczycieli polonistów, ile mają godzin lekcyjnych - i wypowiedziały się pozytywnie na temat decyzji kadrowych.

W szkole na ul. Hangarowej uczy 4 nauczycieli polonistów, na pytanie o to, co zadecydowało o wyborze Edyty Rędzioch, dyrektor Haładuda stwierdził, że kompetencje. „Polonistą jest wicedyrektor (Magdalena Płotalska – przyp. red.), polonistą jest poprzednia pani dyrektor (Elżbieta Kocimska – przyp. red.) – nauczyciel o bardzo wysokich kwalifikacjach, która jest na dodatek przed emeryturą. Jest magistrem filologii polskiej po Uniwersytecie Lubelskim i podyplomówce na Warszawskim. Jest jeszcze inny nauczyciel języka polskiego (Małgorzata Wasielewska – przyp. red.), który jest szefem szkolnego zespołu wszystkich nauczycieli językowców i egzaminatorem. To nie jest łatwa decyzja dla pracodawcy”. Dyrektor Haładuda zdementował pogłoski o domniemanych planach prywatyzacji szkoły, powiedział: „To jest plotka związana z tym, że wcześniej, przez 12 lat pracowałem w szkole niepublicznej. Nie mam takich zamiarów odnośnie do tej szkoły”.

Protest w obronie pani Rędzioch zaczął się od sprzeciwu uczniów i rodziców dzieci. Dołączyli do nich absolwenci: Adam, 16-letni uczeń I klasy liceum oraz 21-letnia Martyna, studentka II roku prawa. Utworzyli na Facebooku wydarzenia pod nazwami „Ratujmy panią eR!” oraz „Petycja w sprawie pani Rędzioch”, a także internetową „Petycję w sprawie przywrócenia pani Rędzioch posady polonistki”. Działają w porozumieniu z uczniami i rodzicami, do tej inicjatywy przyłączają się kolejne osoby. Udało się nawet pozyskać wsparcie rapera Donguralesko, który zamieścił informację o ich akcji na swoim profilu na Facebooku opatrując wpisem: „Dobrych pedagogów jest coraz mniej, dlatego warto ich wspierać”.

Protestujący podkreślają, że pani Rędzioch to nauczyciel pełen pasji, przyjaciel uczniów, człowiek pobudzający inspirację i siłę do działania. Jej uczniowie stawali się laureatami i finalistami Wojewódzkiego Konkursu Języka Polskiego, Konkursu Wiedzy o Teatrze, licznych konkursów recytatorskich. Pani Rędzioch od lat prowadzi koło teatralne "U Tytusa", którego członkowie biorą udział w prestiżowym konkursie organizowanym przez Teatr Animacji - Potyczki Teatralne.

Edyta Rędzioch odmówiła Blubrom komentarza w tej sprawie, gdyż boi się, że jej słowa zostaną wykorzystane przeciwko niej przez dyrektora. Powiedziała tylko, że sprawa znajdzie swoje rozstrzygnięcie w sądzie pracy. Zapytana o jej wychowanków, którzy wygrywali w konkursach i olimpiadach naukowych, wymieniała z głowy ich imiona i nazwiska przez kilka minut. Na ścianach szkoły wiszą dyplomy upamiętniające uczniów, którzy osiągnęli wspaniałe wyniki w konkursach i olimpiadach – wśród nich nie brakowało wychowanków pani Rędzioch.

Artykuł ukazał się na stronie www.BLUBRY.pl.
http://www.blubry.pl/z-poznania/uczniowie-w-obronie-pani-od-polskiego

niedziela, 26 maja 2013

O debacie „Rady osiedli 2 lata po reformie – sukces czy porażka?” z Adamem Szabelskim

Minęły dwa lata od reformy samorządów pomocniczych, czyli rad siedli. Zwiększyły się ich kompetencje, zwiększyły się również budżety, ujednolicone zostały przepisy regulujące zasady ich działania. Z tej okazji stowarzyszenie Projekt Poznań organizuje debatę poświęconą radom osiedli, która odbędzie się we wtorek, 28 maja w sali sesyjnej Urzędu Miasta Poznania. Porozmawialiśmy z pomysłodawcą debaty – Adamem Szabelskim.


Jesteś pomysłodawcą tej konferencji – skąd pomysł, aby ją zorganizować?

Rady osiedli działają w Poznaniu od około 20 lat, a od wprowadzenia reformy samorządów pomocniczych minęły 2 lata. W 2010 roku rozpoczęła się debata na temat reformy, gdyż wcześniej rady te były bardzo rozbite, nierówne, np. Rada Osiedla Zagroda obejmowała 500 mieszkańców, a Rada Osiedla Piątkowo-Zachód ponad 20.000 mieszkańców. Bywało, że struktury samorządu pomocniczego były niejednolite, np. w jednym miejscu był zarząd i rada osiedla, a gdzie indziej funkcjonował zarząd osiedla i walne zgromadzenie mieszkańców. Poza tym w wyniku reformy przyznano osiedlom większe fundusze do rozdysponowania, dzięki czemu dziś rady osiedli stać na większe inwestycje niż dawniej, np. chodniki, zieleń. To dobry moment, aby dokonać pewnego podsumowania.

Czy są jakieś problemy z funkcjonowaniem rad?

Postawiono radom osiedli dużo wymagań, ale z drugiej strony władze Miasta nie zawsze wsłuchują się w ich głos. Bywa, że niektóre rady osiedli o pewnych rozwiązaniach proponowanych przez Miasto dowiadują się z mediów, a nie bezpośrednio od instytucji miejskich. Inny problem polega na tym, że czasem instytucje miejskie nie pytają rad osiedli o zdanie, nawet przy realizacji projektów zleconych przez te rady. Inna trudność polega na tym, że granice rad osiedli nie pokrywają się z granicami osiedli mieszkaniowych. Bywają mieszkańcy, u których wywołuje to dezorientację – zgłaszają swoje problemy niewłaściwym radom.

Kogo zaprosiliście do udziału w dyskusji?

Specjalistów od samorządów pomocniczych, radnych miejskich i radnych osiedlowych. Staraliśmy się tak dobrać dyskutantów, aby przedstawiane były różnorodne punkty widzenia. Przykładowo – z innymi problemami mają do czynienia radni ze Starego Miasta, a z innymi radni z Naramowic – dajmy na to, że jedni walczą o zieleń, a drugim zależy na poprawie przepustowości głównego ciągu komunikacyjnego.

Jakie modyfikacje w funkcjonowaniu rad osiedli warto wprowadzić?

Na pewno uelastycznić budżet poprzez umożliwienie stworzenia rezerwy, którą będzie można przeznaczać na nieprzewidziane zadania „wypływające” po uchwaleniu budżetu osiedla. Na przykład w ciągu roku lokalne środowiska podejmują decyzję o organizacji jakiejś ciekawej imprezy i do jej realizacji potrzebowałyby pieniędzy od rady osiedla. Albo inny przykład – potrzebne są dodatkowe środki na remont chodnika, który uległ uszkodzeniu wskutek jakiejś awarii. Bardzo przydatne byłoby także umożliwienie radom osiedli przedstawiania inicjatyw uchwałodawczych, które byłyby potem głosowane przez Radę Miasta. Myślę, że należałoby również zapewnić różnym radom możliwość uzyskania środków w ramach konkursów grantowych, choćby przez zapis, że jeśli jakiś samorząd pomocniczy wygrywa taki konkurs, to w następnym roku nie startuje, dzięki czemu rosną szanse innych rad. Warto byłoby opracować osobne programy grantowe dla biedniejszych osiedli, analogicznie do funduszy europejskich.

Dziękuję za rozmowę.

Artykuł ukazał się na stronie www.BLUBRY.pl.
http://www.blubry.pl/z-poznania/o-debacie-%E2%80%9Erady-osiedli-2-lata-po-reformie-%E2%80%93-sukces-czy-pora%C5%BCka%E2%80%9D-z-adamem-szabelskim

sobota, 25 maja 2013

Drugi Jarmark Mieszka I – niedziela, 26 maja

Kto lubi średniowiecze, ten będzie na pewno zadowolony – w niedzielę, 26 maja, na błoniach, w cieniu Katedry odbędzie się drugi Jarmark Mieszka I. Organizatorzy zapowiadają gry i zabawy plebejskie, pokazy rzemieślnicze, pokazy walk oraz tradycyjne jadło – ale nie ma się czego bać, to nie będzie jadło z wykopalisk archeologicznych, tylko coś dużo świeższego.
 

Inicjatywa narodziła się pod wpływem impulsu, który został nadany przez ministerstwo edukacji. Otóż ministerstwo postanowiło okroić liczbowo lekcje historii i przemodelować program, co wielu środowiskom się nie spodobało, m.in. dawni, solidarnościowi opozycjoniści z Krakowa podjęli strajk głodowy, a w Poznaniu zorganizowany został happening pod nazwą „Pożegnanie z historią, czyli Bismarck by tego lepiej nie wymyślił”.

Może nie każdy zdaje sobie z tego sprawę, ale to właśnie w podziemiach poznańskiej Katedry spoczywają prochy dwóch pierwszych władców Polski – księcia Mieszka I i jego syna, króla Bolesława I Chrobrego. To od Poznania się zaczęła Polska. Organizatorem jarmarku jest Fundacja św. Benedykta. Jeszcze w sobotę o 18:00 w Katedrze odbędzie się z tej okazji Msza św. za Ojczyznę, natomiast sam jarmark odbywać się będzie między 11:00 a 18:00. W tym roku przypada 1050 rocznica objęcia władzy przez męża Dobrawy.

Artykuł ukazał się na stronie www.BLUBRY.pl.
http://www.blubry.pl/z-poznania/drugi-jarmark-mieszka-i-%E2%80%93-niedziela-26-maja

Z Janiną Paradowską o dziennikarstwie, primaaprilisowym żarcie, literce „W”, prywatyzacji i obiektywizmie

Janina Paradowska, publicystka i redaktor tygodnika „Polityka”, radia Tok FM i Superstacji, przyjechała na zaproszenie Zakładu Retoryki, Pragmalingwistyki i Dziennikarstwa Instytutu Filologii Polskiej UAM. Po spotkaniu ze studentami udało się Blubrom przeprowadzić z nią wywiad. Pytania dotyczyły polityki i mediów.



W trakcie wykładu była Pani pytana o różne kwestie, również o swoje poglądy i o to jak Pani ocenia prasę. Krytycznie odniosła się Pani do pewnych tytułów, mówiąc że niewiele mają one wspólnego z dziennikarstwem. Czym dla Pani jest dziennikarstwo?

Krytycznie odnosiłam się nie tyle do tytułów, bo uważam, że im więcej tytułów, tym lepiej, bo mamy większą pulę poglądów, większy pluralizm. Do pewnego typu dziennikarstwa się krytycznie odniosłam, a mianowicie do tego, które czerpie z takich bardzo niedobrych wzorców propagandowych, które przestaje być dziennikarstwem, a staje się po prostu propagandą, często uprawianą na użytek partyjny. Tego nigdy nie lubiłam, być może dlatego, że mam takie wyniesione jeszcze z PRL-u uczulenie na publikacje typu „Żołnierz Wolności”, czy różnych innych. Dziennikarstwo… ono jest moim życiem, ono jest moim zawodem, ono tak wrosło w moje życie, że trudno mi oddzielić życie i dziennikarstwo ode mnie, ponieważ dziennikarzem nie jest się przez 8 godzin dziennie na dobę, tylko jest się przez cały czas. Jest też zajęciem fascynującym, wymagającym jednak ciągle uczenia się, poznawania nowych ludzi, stwarzającym takie niepowtarzalne okazje spotykania ludzi, których większość nie ma okazji poznać. Jest też sposobem bycia. Odpowiedź jest rozbudowana, jak Pan słyszy.

Nie kryje Pani swoich sympatii. Niektórzy je ukrywają, Pani tego nie robi, również jak chodzi o sympatie polityczne. Chciałbym zapytać Panią o Donalda Tuska – jak Pani ocenia jego spór z Jerzym Urbanem (chodzi o wytoczenie procesu wydawcy tygodnika „Nie” przez premiera, za primaaprilisowy żart – publikację rzekomego nagrania podsłuchanych sprzętem szpiegowskim rozmów Donalda Tuska, Lecha Wałęsy, Jolanty Kwaśniewskiej i Grzegorza Schetyny z trybuny Stadionu Narodowego w czasie meczu Polska-Ukraina).

Źle oceniam… Dlatego że… uważam, że… Tu zadziałano zbyt pospiesznie chyba. Nie był ten cały żart primaaprilisowy zbyt przejrzysty. Ja też w pierwszym momencie, jak przeczytałam, to wydawało mi się, że to nie jest żart. A ponieważ znam to środowisko, znam tych ludzi to zdziwił mnie wprawdzie język, jakim rozmawiali, bo nigdy takiego języka nie słyszałam, ale nie wydaje mi się… Ja w ogóle jestem przeciwniczką chodzenia do sądów w momencie, kiedy nie jest to wyraźnie potrzebne, że nie jest ktoś zniesławiony. Tu była raczej pewna sfera obyczajowa pokazana. Także mnie się to nie podoba. No ale uważam, że Tusk zrobił Urbanowi niezłą promocję, sam nic na tym nie zyskując. W ogóle nie wyobrażam sobie, jaki wyrok może być w takiej sprawie.

A teraz z trochę innej strony… politycznej – jak Pani ocenia konflikt Grzegorza Hajdarowicza (właściciela dziennika „Rzeczpospolita”) z tzw. dziennikarzami niepokornymi (braćmi Karnowskimi)? Chodzi mi o kwestię tytułu ich tygodnika, wcześniej był „W Sieci”, teraz „Sieci” (Hajdarowicz zarzuca Karnowskim kradzież tytułu – quasiblogowego działu na stronie internetowej „Rzeczpospolitej” pod nazwą „W sieci opinii”). Na ile ten konflikt ma rzeczywiste podstawy biznesowe? Na ile Hajdarowicz rzeczywiście traci na tej literce „W”, a na ile chodzi tutaj o spór taki personalny, czy polityczny nawet?

Hajdarowicz zainwestował jakieś pieniądze i zarezerwował sobie, zastrzegł różne tytuły. On jest biznesmenem. Ja się nie znam na biznesach Hajdarowicza. No i uważam, że jeżeli oni użyli tytułu, który był zarezerwowany, to prawo jest po jego stronie… Ta cała w ogóle sprawa dla mnie… Ja uważam, że jest jednak prawo właściciela do tego, żeby z nim konsultować pewne decyzje, że to nie jest tak, że właściciel wydaje pieniądze, a potem dziennikarzowi wolno już wszystko. Tutaj jest jakieś prawo ingerencji właściciela, bo to jest jego biznesplan i nie może być tak, że nagle dziennikarze będą tam pisać tylko to, co oni myślą i nie będą uwzględniać żadnych wymagań właściciela. To wszystko zależy od tego jak się między sobą ułożą. Nie wiem jak oni się ułożyli.

Tak się zastanawiam, tytuł tygodnika „Polityka” – to jest słowo powszechnie używane. A „w sieci” też mi się wydaje na tyle ogólne, że…

Ale on sobie zastrzegł tytuł „W Sieci”…

Tam jest „W sieci opinii”.

…zastrzegł sobie tych tytułów mnóstwo. Natomiast „Polityka” jest tytułem prasowym, który ma ponad 50 lat. Też mogę powiedzieć, że tam sobie robią jakieś portale „wPolityce”, że się próbują podszywać. Ale ponieważ to jest „wPolityce”, a nie „Polityka”… Gdyby ktoś uruchomił tytuł o nazwie „Polityka” to też byśmy interweniowali, dlatego bo to jest nasze logo i mamy do niego prawo własności.

Czy Pani zdaniem media publiczne powinny zostać sprywatyzowane, czy możliwa jest misyjność w mediach prywatnych? Jak Pani ocenia sytuację w mediach publicznych?

Misyjność jest konieczna, tylko nikt jej nie potrafi określić. Jest sporo przedsięwzięć, które ja uważam za misyjne, typu Teatr Telewizji, dobry film dokumentalny, porządna informacja. Czy powinny zostać sprywatyzowane? Zawsze byłam zwolenniczką tego, żeby jeden z kanałów telewizji publicznej sprywatyzować, dlatego że, moim zdaniem, w tym kształcie raz, że jest zbyt dużym graczem na rynku reklamowym, na kurczącym się rynku programowym, a dwa, że jest maszynerią niewydolną, która na siebie nie zarabia i coraz bardziej upodabnia się do mediów komercyjnych. Wszędzie istnieją jakieś kanały publiczne o mniejszej lub większej tradycji. W Stanach Zjednoczonych nie cieszą się one zbytnią popularnością, BBC w Anglii cieszy się popularnością – to wszystko zależy od siły tradycji, kultury politycznej, a u nas problem finansowania mediów publicznych jest nierozwiązany od lat. I właściwie mamy do czynienia z tym, że to, co nazywamy „publiczne”, staje się coraz bardziej komercyjne.

A w aspekcie telewizji i w ogóle mediów publicznych – media obiektywne są prawie niemożliwe, każdy dziennikarz ma swoje poglądy…

Obiektywna jest informacja, a potem się zaczynają opinie i zespoły się dobierają wedle wyznawanych poglądów. Czytelnik też tego oczekuje. Im większa jest paleta prezentująca różne poglądy, różnych tytułów, tym lepiej. A każdy z nas ma swój światopogląd, swoje poglądy i po to są tygodniki opinii, żeby przedstawiać opinie autorów. Nie wyobrażam sobie co to by miała być publicystyka w pełni obiektywna. Czegoś takiego, moim zdaniem, nie ma, bo różnie postrzegamy świat, różnie patrzymy na te same wydarzenia. Różne wydarzenia filtrujemy przez nasze poglądy i tego też oczekuje czytelnik.

A czy media publiczne są, czy kiedykolwiek były pluralistyczne?

One jakoś są pluralistyczne, liczą czasy występowania tych polityków.

A w sensie doboru dziennikarzy i publicystów?

Są bardziej liberalne, są bardziej prawoskrętne. Właściwie teraz się pojawiła Telewizja Republika – tworzy ją bardzo zamknięte środowisko o bardzo wyrazistych poglądach. W innych mediach elektronicznych te poglądy bardziej się mieszają, są chyba bardziej zrównoważone, ale trudno tutaj cokolwiek przesądzać. Nie robię z tego dramatu. Tym, co mnie razi, jest nadmiar polityki w wydaniu polityków, a nie w wydaniu komentatorów. W związku z tym jest więcej chaosu niż takiego uporządkowanego obrazu.

Bardzo dziękuję za rozmowę.

Na spotkaniu ze studentami redaktor Janina Paradowska mówiła m.in. o tym, że związana jest ideowo ze środowiskiem dawnego Kongresu Liberalno-Demokratycznego i Unii Wolności. Mówiła, że ceni sobie Lecha Wałęsę, Aleksandra Kwaśniewskiego i zaprzyjaźniona jest z Donaldem Tuskiem. Za dobrych rozmówców uważa Bronisława Komorowskiego, Donalda Tuska, Aleksandra Kwaśniewskiego, Leszka Millera, Marka Borowskiego, a z prawej strony: Andrzeja Derę i Joachima Brudzińskiego. Z kolei jak chodzi o dziennikarzy prawicowych, to ceni Rafała Ziemkiewicza, Bronisława Wildsteina i Piotra Semkę.

Artykuł ukazał się na www.BLUBRY.pl.
http://www.blubry.pl/z-poznania/z-janin%C4%85-paradowsk%C4%85-o-dziennikarstwie-primaaprilisowym-%C5%BCarcie-literce-%E2%80%9Ew%E2%80%9D-prywatyzacji-i

piątek, 24 maja 2013

Poetyckiej sztafety ciąg dalszy - czy nie urwie nam wszystkim głowy?

Jeszcze nie dobiegł końca festiwal „Poznań Poetów”, a już rozpoczyna się kolejny cykl – „Poetyckie zawracanie głowy”. Impreza ma trwać aż do września, ale w przeciwieństwie do „Poznania Poetów”, ona nie eksponuje uznanych, zinterpretowanych i przeanalizowanych na wszystkie sposoby autorów, gdyż tutaj swoje strofy będą mogli zaprezentować wszyscy chętni wierszokleci – kandydaci do Parnasu.
 

Jak zapowiadają organizatorzy: Zaczynamy od formuły tradycyjnej – klasycznego spotkania autorskiego – by przejść potem do wierszowanych baśni, warsztatów, pisania i tworzenia poezji na żywo, dużej dyskusji panelowej, poezji śpiewanej czy ulicznego, odważnego performance’u i zakończyć nasz „festiwal” wielkim poetyckim slamem”. Dopowiedzmy, że slam poetycki to publiczna rywalizacja poetów-performerów, którzy prezentują swoje utwory w ograniczonym czasie, jury jest wybierane spośród publiczności, zaś na zwycięzców czeka nagroda.

Aby móc zaprezentować swoją poezję, należy przysłać na adres organizatora reprezentatywną próbkę swojej twórczości. Na pierwszy ogień, 25 maja (sobota) o godz. 18:00 zostanie rzucona poezja Inesy Kruszki i Łukasza Andrzeja Zaranka. Przygrywać im będzie akordeon, z którego dźwięki będzie wydobywać Filip Tomala. Miejsce i organizacja: Antykwariat Mały Książek, ul. Za Bramką 9/1. Kto chce być na bieżąco, niech wejdzie na https://www.facebook.com/events/121079068097496/

Artykuł ukazał się na stronie www.BLUBRY.pl.
http://www.blubry.pl/z-poznania/poetyckiej-sztafety-ci%C4%85g-dalszy-%E2%80%93-czy-nie-urwie-nam-wszystkim-g%C5%82owy

środa, 22 maja 2013

Szynkowski o biletach i zmianach w ZKZL

Na wczorajszej sesji Rady Miasta głosowano nad mnóstwem tematów, m.in. wprowadzono bilety semestralne oraz zmieniono osobowość prawną ZKZL. Jakie efekty mają przynieść wprowadzone rozwiązania? O tym rozmawialiśmy z Szymonem Szynkowskim vel Sęk, przewodniczącym klubu radnych PiS.


Kwestia biletów semestralnych wpisuje się w batalię na temat polityki transportowej miasta Poznania. Głosami radnych PO, PiS i SLD studenci i uczniowie poruszający się w mieście będą mogli płacić za 120-dniowe bilety sieciowe 155 zł, a za 150-dniowe 180 zł. Radny Szymon Szynkowski vel Sęk z PiS, jeden z głównych orędowników projektu obywatelskiego wstrzymującego podwyżki cen biletów, uważa, że jest to co prawda kroczek w dobrą stronę, ale jednak zbyt mały. 

Opowiedział również o ustaleniach, jakie zostały poczynione z klubem Platformy: Uzyskaliśmy publiczne zapewnienie PO, że jeśli do 18 czerwca prezydent nie wprowadzi rozwiązania zwalniającego pasażerów z odpowiedzialności za niedziałający biletomat, to oni poprą naszą uchwałę w tej sprawie. Mają poprzeć nasz pomysł wprowadzenia biletów 5-minutowych, jeśli PEKA (Poznańska Elektroniczna Karta Aglomeracyjna – przyp. red.) nie zostanie wprowadzona do stycznia. Mają również wspierać naszą propozycję, aby Rada Miasta utrzymała kompetencje ustalania cen biletów – mówi radny PiS.

Na tej samej sesji Rady Miasta uchwalona została zmiana statusu Zarządu Komunalnych Zasobów Lokalowych (ZKZL) na spółkę prawa handlowego (likwidacja obecnego ZKZL i powołanie spółki z o.o. nastąpi 30 września b.r.). Z wielkim entuzjazmem do tego pomysłu odniósł się m.in. Jarosław Pucek, obecny dyrektor ZKZL. Według założeń zwolenników tego rozwiązania, powstanie dzięki temu więcej mieszkań komunalnych – nawet 1.000. Teraz miasto nie może się dodatkowo zadłużać, aby budować mieszkania, natomiast nowa spółka, dzięki zmianie osobowości prawnej, będzie mogła brać kredyty na budowę.

Klub radnych PiS głosował przeciw. Głosowaliśmy przeciw, argumentując jako jedyni, że o ile sam pomysł przekształcenia ZKZL w spółkę nie jest najgorszy i daje pewne szanse, to przy tym prezydencie nie wierzymy w sukces realizacji planów z tym związanych, a boimy się ryzyka związanego ze złym zarządzaniem spółką. Chodzi o to, że w budżecie miasta nie można już zaciągać kredytów, bo jesteśmy pod kreską. Obecnie ZKZL jest rentowny. Na pytanie, czy gdyby ZKZL zbankrutował, to wtedy wszystkie należące do niego nieruchomości przeszłyby na własność kredytujących banków, odpowiedział: Prognozy pokazują, że ta rentowność raczej powinna być utrzymana. Do nowej spółki zostają wniesione „tylko” budynki po byłych NZOZ (Niepublicznych Zakładach Opieki Zdrowotnej – przyp. red.). To jakieś 25 mln zł majątku - powiedział Szynkowski.

Obecnie w zarządzie ZKZL znajduje się około 800 pustostanów.

Artykuł ukazał się na stronie www.BLUBRY.pl.
http://www.blubry.pl/z-poznania/szynkowski-o-biletach-i-zmianach-w-zkzl