czwartek, 30 maja 2013

Historia kościoła Bożego Ciała w Poznaniu


Historia tej świątyni sięga końca XIV w. i jest związana z na pół legendarną opowieścią o trzech hostiach. Wspominał o niej w swoich annałach sam Jan Długosz. 15 sierpnia 1399 roku z dzisiejszego kościoła jezuitów na ulicy Szewskiej (wówczas był to kościół dominikanów) wykradzione zostały trzy hostie. Ze względu na to, aby nie budzić narodowo-religijnych resentymentów nie wszędzie się dziś wspomina o tym, że zbezczeszczenia dopuściło się kilku miejscowych Żydów. Zresztą jest to rzecz trzeciorzędna, bo najważniejsze jest to, co później działo się z tymi hostiami.


Sprawcy chcieli wypróbować, czy hostie rzeczywiście są ciałem Chrystusa i dokonali tego w kamienicy przy ulicy Żydowskiej. Gdy zaczęli kłuć je nożami, wtedy wytrysnęła z nich krew. Jedna z kropli spadając na niewidomą Żydówkę, uzdrowiła ją ze ślepoty. Przerażonym sprawcom nie udało się tych hostii ani zakopać w ziemi, ani utopić w studni, gdyż za każdym razem, w cudowny sposób wyłaniały się na powierzchni. Dziś (o czym niektórzy nie wiedzą, bo nie rzuca się on w oczy) w kamienicy tej, na rogu ulic Żydowskiej i Kramarskiej, znajduje się kościół pod wezwaniem Najświętszej Krwi Pana Jezusa.

Świętokradcy postanowili skradzione hostie utopić na nadwarciańskich bagnach, ale i gdy to się nie udało, porzucili je. Relikwie zostały jednak odnalezione przez pasterza i w asyście biskupa Wojciecha Jarzębca przeniesione do nieistniejącej dziś fary (znajdowała się na miejscu Placu Kolegiackiego). W tajemniczy sposób hostie pojawiały się na łąkach, w miejscu ich odnalezienia, w związku z czym wybudowano tam drewnianą kapliczkę. Król Władysław Jagiełło nakazał, aby w tamtym miejscu powstała świątynia – kościół Bożego Ciała dzisiaj niedaleko ulicy Łąkowej. Opiekę nad tym miejscem przejęli karmelici.

W XV i XVI wieku kościół stał się celem licznych pielgrzymek, sanktuarium, gdyż dokonywały się tam cuda. Dzisiaj kościół stał się swoistym ośrodkiem skupiającym środowiska zaangażowanych religijnie i społecznie poznaniaków. Odbywają się tam liczne nabożeństwa, Msze św. za Ojczyznę, wyruszają stamtąd marsze religijne i patriotyczne, m.in. marsz dla uczczenia 150 rocznicy wybuchu powstania styczniowego, czy marsze Krucjaty Różańcowej za Ojczyznę. Warto przyjrzeć się tej świątyni, gdyż przyciąga ona również pięknem swojej architektury i wystroju.

Artykuł ukazał się na stronie www.BLUBRY.pl.
http://www.blubry.pl/z-poznania/historia-ko%C5%9Bcio%C5%82-bo%C5%BCego-cia%C5%82-w-poznaniu

poniedziałek, 27 maja 2013

Uczniowie w obronie pani od polskiego


Już ponad 700 osób podpisało się pod petycją w obronie pani Edyty Rędzioch, nauczycielki języka polskiego, która w szkole przy ul. Hangarowej 14 w Poznaniu uczy od 25 lat. Kiedy Państwo to czytacie, liczba sygnatariuszy może być już nieaktualna, gdyż podpisów przybywa z każdą chwilą. W obronie nauczycielki stanęli jej obecni uczniowie, a także absolwenci, którzy byli jej podopiecznymi oraz rodzice. Przypomina się scena z filmu „Stowarzyszenie umarłych poetów”, kiedy to uczniowie solidaryzowali się z nauczycielem literatury, granym przez Robina Williamsa.

Edycie Rędzioch okrojono etat do 1/2 i przesunięto do pracy w świetlicy. Oficjalny powód, to konieczność zmniejszenia kadry polonistycznej. Nieoficjalnie niektórzy mówią o konflikcie nauczycielki z dyrektorem szkoły, Jarosławem Haładudą. W komentarzach internetowych można znaleźć informację, że dyrekcja wcześniej „pozbyła się”, również lubianego przez uczniów pana Lackowskiego oraz, że robione są przymiarki do prywatyzacji szkoły.

Dyrektor Haładuda na temat protestu wypowiedział się sceptycznie, nie podobało mu się, że w sprawę zostały włączone dzieci i że według niego nie jest to zgodne z etyką zawodową nauczyciela: „O sprawach kadrowych nie dyskutuje się z uczniami”. Opowiedział również o powodach swoich decyzji personalnych: „Głównym powodem zmniejszenia wymiaru pracy jest zmniejszenie ilości oddziałów w szkole i reguluje to art. 20 Karty Nauczyciela. W tym roku mamy 6 klas gimnazjalnych, a w nowym roku szkolnym będzie ich 5”. Dodał, że dla niego najważniejsze było, aby żaden z nauczycieli nie stracił pracy, w związku z czym trzeba było okroić etaty. Decyzja ta była konsultowana ze związkami zawodowymi, które pytały o szczegóły - ilu jest nauczycieli polonistów, ile mają godzin lekcyjnych - i wypowiedziały się pozytywnie na temat decyzji kadrowych.

W szkole na ul. Hangarowej uczy 4 nauczycieli polonistów, na pytanie o to, co zadecydowało o wyborze Edyty Rędzioch, dyrektor Haładuda stwierdził, że kompetencje. „Polonistą jest wicedyrektor (Magdalena Płotalska – przyp. red.), polonistą jest poprzednia pani dyrektor (Elżbieta Kocimska – przyp. red.) – nauczyciel o bardzo wysokich kwalifikacjach, która jest na dodatek przed emeryturą. Jest magistrem filologii polskiej po Uniwersytecie Lubelskim i podyplomówce na Warszawskim. Jest jeszcze inny nauczyciel języka polskiego (Małgorzata Wasielewska – przyp. red.), który jest szefem szkolnego zespołu wszystkich nauczycieli językowców i egzaminatorem. To nie jest łatwa decyzja dla pracodawcy”. Dyrektor Haładuda zdementował pogłoski o domniemanych planach prywatyzacji szkoły, powiedział: „To jest plotka związana z tym, że wcześniej, przez 12 lat pracowałem w szkole niepublicznej. Nie mam takich zamiarów odnośnie do tej szkoły”.

Protest w obronie pani Rędzioch zaczął się od sprzeciwu uczniów i rodziców dzieci. Dołączyli do nich absolwenci: Adam, 16-letni uczeń I klasy liceum oraz 21-letnia Martyna, studentka II roku prawa. Utworzyli na Facebooku wydarzenia pod nazwami „Ratujmy panią eR!” oraz „Petycja w sprawie pani Rędzioch”, a także internetową „Petycję w sprawie przywrócenia pani Rędzioch posady polonistki”. Działają w porozumieniu z uczniami i rodzicami, do tej inicjatywy przyłączają się kolejne osoby. Udało się nawet pozyskać wsparcie rapera Donguralesko, który zamieścił informację o ich akcji na swoim profilu na Facebooku opatrując wpisem: „Dobrych pedagogów jest coraz mniej, dlatego warto ich wspierać”.

Protestujący podkreślają, że pani Rędzioch to nauczyciel pełen pasji, przyjaciel uczniów, człowiek pobudzający inspirację i siłę do działania. Jej uczniowie stawali się laureatami i finalistami Wojewódzkiego Konkursu Języka Polskiego, Konkursu Wiedzy o Teatrze, licznych konkursów recytatorskich. Pani Rędzioch od lat prowadzi koło teatralne "U Tytusa", którego członkowie biorą udział w prestiżowym konkursie organizowanym przez Teatr Animacji - Potyczki Teatralne.

Edyta Rędzioch odmówiła Blubrom komentarza w tej sprawie, gdyż boi się, że jej słowa zostaną wykorzystane przeciwko niej przez dyrektora. Powiedziała tylko, że sprawa znajdzie swoje rozstrzygnięcie w sądzie pracy. Zapytana o jej wychowanków, którzy wygrywali w konkursach i olimpiadach naukowych, wymieniała z głowy ich imiona i nazwiska przez kilka minut. Na ścianach szkoły wiszą dyplomy upamiętniające uczniów, którzy osiągnęli wspaniałe wyniki w konkursach i olimpiadach – wśród nich nie brakowało wychowanków pani Rędzioch.

Artykuł ukazał się na stronie www.BLUBRY.pl.
http://www.blubry.pl/z-poznania/uczniowie-w-obronie-pani-od-polskiego

niedziela, 26 maja 2013

O debacie „Rady osiedli 2 lata po reformie – sukces czy porażka?” z Adamem Szabelskim

Minęły dwa lata od reformy samorządów pomocniczych, czyli rad siedli. Zwiększyły się ich kompetencje, zwiększyły się również budżety, ujednolicone zostały przepisy regulujące zasady ich działania. Z tej okazji stowarzyszenie Projekt Poznań organizuje debatę poświęconą radom osiedli, która odbędzie się we wtorek, 28 maja w sali sesyjnej Urzędu Miasta Poznania. Porozmawialiśmy z pomysłodawcą debaty – Adamem Szabelskim.


Jesteś pomysłodawcą tej konferencji – skąd pomysł, aby ją zorganizować?

Rady osiedli działają w Poznaniu od około 20 lat, a od wprowadzenia reformy samorządów pomocniczych minęły 2 lata. W 2010 roku rozpoczęła się debata na temat reformy, gdyż wcześniej rady te były bardzo rozbite, nierówne, np. Rada Osiedla Zagroda obejmowała 500 mieszkańców, a Rada Osiedla Piątkowo-Zachód ponad 20.000 mieszkańców. Bywało, że struktury samorządu pomocniczego były niejednolite, np. w jednym miejscu był zarząd i rada osiedla, a gdzie indziej funkcjonował zarząd osiedla i walne zgromadzenie mieszkańców. Poza tym w wyniku reformy przyznano osiedlom większe fundusze do rozdysponowania, dzięki czemu dziś rady osiedli stać na większe inwestycje niż dawniej, np. chodniki, zieleń. To dobry moment, aby dokonać pewnego podsumowania.

Czy są jakieś problemy z funkcjonowaniem rad?

Postawiono radom osiedli dużo wymagań, ale z drugiej strony władze Miasta nie zawsze wsłuchują się w ich głos. Bywa, że niektóre rady osiedli o pewnych rozwiązaniach proponowanych przez Miasto dowiadują się z mediów, a nie bezpośrednio od instytucji miejskich. Inny problem polega na tym, że czasem instytucje miejskie nie pytają rad osiedli o zdanie, nawet przy realizacji projektów zleconych przez te rady. Inna trudność polega na tym, że granice rad osiedli nie pokrywają się z granicami osiedli mieszkaniowych. Bywają mieszkańcy, u których wywołuje to dezorientację – zgłaszają swoje problemy niewłaściwym radom.

Kogo zaprosiliście do udziału w dyskusji?

Specjalistów od samorządów pomocniczych, radnych miejskich i radnych osiedlowych. Staraliśmy się tak dobrać dyskutantów, aby przedstawiane były różnorodne punkty widzenia. Przykładowo – z innymi problemami mają do czynienia radni ze Starego Miasta, a z innymi radni z Naramowic – dajmy na to, że jedni walczą o zieleń, a drugim zależy na poprawie przepustowości głównego ciągu komunikacyjnego.

Jakie modyfikacje w funkcjonowaniu rad osiedli warto wprowadzić?

Na pewno uelastycznić budżet poprzez umożliwienie stworzenia rezerwy, którą będzie można przeznaczać na nieprzewidziane zadania „wypływające” po uchwaleniu budżetu osiedla. Na przykład w ciągu roku lokalne środowiska podejmują decyzję o organizacji jakiejś ciekawej imprezy i do jej realizacji potrzebowałyby pieniędzy od rady osiedla. Albo inny przykład – potrzebne są dodatkowe środki na remont chodnika, który uległ uszkodzeniu wskutek jakiejś awarii. Bardzo przydatne byłoby także umożliwienie radom osiedli przedstawiania inicjatyw uchwałodawczych, które byłyby potem głosowane przez Radę Miasta. Myślę, że należałoby również zapewnić różnym radom możliwość uzyskania środków w ramach konkursów grantowych, choćby przez zapis, że jeśli jakiś samorząd pomocniczy wygrywa taki konkurs, to w następnym roku nie startuje, dzięki czemu rosną szanse innych rad. Warto byłoby opracować osobne programy grantowe dla biedniejszych osiedli, analogicznie do funduszy europejskich.

Dziękuję za rozmowę.

Artykuł ukazał się na stronie www.BLUBRY.pl.
http://www.blubry.pl/z-poznania/o-debacie-%E2%80%9Erady-osiedli-2-lata-po-reformie-%E2%80%93-sukces-czy-pora%C5%BCka%E2%80%9D-z-adamem-szabelskim

sobota, 25 maja 2013

Drugi Jarmark Mieszka I – niedziela, 26 maja

Kto lubi średniowiecze, ten będzie na pewno zadowolony – w niedzielę, 26 maja, na błoniach, w cieniu Katedry odbędzie się drugi Jarmark Mieszka I. Organizatorzy zapowiadają gry i zabawy plebejskie, pokazy rzemieślnicze, pokazy walk oraz tradycyjne jadło – ale nie ma się czego bać, to nie będzie jadło z wykopalisk archeologicznych, tylko coś dużo świeższego.
 

Inicjatywa narodziła się pod wpływem impulsu, który został nadany przez ministerstwo edukacji. Otóż ministerstwo postanowiło okroić liczbowo lekcje historii i przemodelować program, co wielu środowiskom się nie spodobało, m.in. dawni, solidarnościowi opozycjoniści z Krakowa podjęli strajk głodowy, a w Poznaniu zorganizowany został happening pod nazwą „Pożegnanie z historią, czyli Bismarck by tego lepiej nie wymyślił”.

Może nie każdy zdaje sobie z tego sprawę, ale to właśnie w podziemiach poznańskiej Katedry spoczywają prochy dwóch pierwszych władców Polski – księcia Mieszka I i jego syna, króla Bolesława I Chrobrego. To od Poznania się zaczęła Polska. Organizatorem jarmarku jest Fundacja św. Benedykta. Jeszcze w sobotę o 18:00 w Katedrze odbędzie się z tej okazji Msza św. za Ojczyznę, natomiast sam jarmark odbywać się będzie między 11:00 a 18:00. W tym roku przypada 1050 rocznica objęcia władzy przez męża Dobrawy.

Artykuł ukazał się na stronie www.BLUBRY.pl.
http://www.blubry.pl/z-poznania/drugi-jarmark-mieszka-i-%E2%80%93-niedziela-26-maja

Z Janiną Paradowską o dziennikarstwie, primaaprilisowym żarcie, literce „W”, prywatyzacji i obiektywizmie

Janina Paradowska, publicystka i redaktor tygodnika „Polityka”, radia Tok FM i Superstacji, przyjechała na zaproszenie Zakładu Retoryki, Pragmalingwistyki i Dziennikarstwa Instytutu Filologii Polskiej UAM. Po spotkaniu ze studentami udało się Blubrom przeprowadzić z nią wywiad. Pytania dotyczyły polityki i mediów.



W trakcie wykładu była Pani pytana o różne kwestie, również o swoje poglądy i o to jak Pani ocenia prasę. Krytycznie odniosła się Pani do pewnych tytułów, mówiąc że niewiele mają one wspólnego z dziennikarstwem. Czym dla Pani jest dziennikarstwo?

Krytycznie odnosiłam się nie tyle do tytułów, bo uważam, że im więcej tytułów, tym lepiej, bo mamy większą pulę poglądów, większy pluralizm. Do pewnego typu dziennikarstwa się krytycznie odniosłam, a mianowicie do tego, które czerpie z takich bardzo niedobrych wzorców propagandowych, które przestaje być dziennikarstwem, a staje się po prostu propagandą, często uprawianą na użytek partyjny. Tego nigdy nie lubiłam, być może dlatego, że mam takie wyniesione jeszcze z PRL-u uczulenie na publikacje typu „Żołnierz Wolności”, czy różnych innych. Dziennikarstwo… ono jest moim życiem, ono jest moim zawodem, ono tak wrosło w moje życie, że trudno mi oddzielić życie i dziennikarstwo ode mnie, ponieważ dziennikarzem nie jest się przez 8 godzin dziennie na dobę, tylko jest się przez cały czas. Jest też zajęciem fascynującym, wymagającym jednak ciągle uczenia się, poznawania nowych ludzi, stwarzającym takie niepowtarzalne okazje spotykania ludzi, których większość nie ma okazji poznać. Jest też sposobem bycia. Odpowiedź jest rozbudowana, jak Pan słyszy.

Nie kryje Pani swoich sympatii. Niektórzy je ukrywają, Pani tego nie robi, również jak chodzi o sympatie polityczne. Chciałbym zapytać Panią o Donalda Tuska – jak Pani ocenia jego spór z Jerzym Urbanem (chodzi o wytoczenie procesu wydawcy tygodnika „Nie” przez premiera, za primaaprilisowy żart – publikację rzekomego nagrania podsłuchanych sprzętem szpiegowskim rozmów Donalda Tuska, Lecha Wałęsy, Jolanty Kwaśniewskiej i Grzegorza Schetyny z trybuny Stadionu Narodowego w czasie meczu Polska-Ukraina).

Źle oceniam… Dlatego że… uważam, że… Tu zadziałano zbyt pospiesznie chyba. Nie był ten cały żart primaaprilisowy zbyt przejrzysty. Ja też w pierwszym momencie, jak przeczytałam, to wydawało mi się, że to nie jest żart. A ponieważ znam to środowisko, znam tych ludzi to zdziwił mnie wprawdzie język, jakim rozmawiali, bo nigdy takiego języka nie słyszałam, ale nie wydaje mi się… Ja w ogóle jestem przeciwniczką chodzenia do sądów w momencie, kiedy nie jest to wyraźnie potrzebne, że nie jest ktoś zniesławiony. Tu była raczej pewna sfera obyczajowa pokazana. Także mnie się to nie podoba. No ale uważam, że Tusk zrobił Urbanowi niezłą promocję, sam nic na tym nie zyskując. W ogóle nie wyobrażam sobie, jaki wyrok może być w takiej sprawie.

A teraz z trochę innej strony… politycznej – jak Pani ocenia konflikt Grzegorza Hajdarowicza (właściciela dziennika „Rzeczpospolita”) z tzw. dziennikarzami niepokornymi (braćmi Karnowskimi)? Chodzi mi o kwestię tytułu ich tygodnika, wcześniej był „W Sieci”, teraz „Sieci” (Hajdarowicz zarzuca Karnowskim kradzież tytułu – quasiblogowego działu na stronie internetowej „Rzeczpospolitej” pod nazwą „W sieci opinii”). Na ile ten konflikt ma rzeczywiste podstawy biznesowe? Na ile Hajdarowicz rzeczywiście traci na tej literce „W”, a na ile chodzi tutaj o spór taki personalny, czy polityczny nawet?

Hajdarowicz zainwestował jakieś pieniądze i zarezerwował sobie, zastrzegł różne tytuły. On jest biznesmenem. Ja się nie znam na biznesach Hajdarowicza. No i uważam, że jeżeli oni użyli tytułu, który był zarezerwowany, to prawo jest po jego stronie… Ta cała w ogóle sprawa dla mnie… Ja uważam, że jest jednak prawo właściciela do tego, żeby z nim konsultować pewne decyzje, że to nie jest tak, że właściciel wydaje pieniądze, a potem dziennikarzowi wolno już wszystko. Tutaj jest jakieś prawo ingerencji właściciela, bo to jest jego biznesplan i nie może być tak, że nagle dziennikarze będą tam pisać tylko to, co oni myślą i nie będą uwzględniać żadnych wymagań właściciela. To wszystko zależy od tego jak się między sobą ułożą. Nie wiem jak oni się ułożyli.

Tak się zastanawiam, tytuł tygodnika „Polityka” – to jest słowo powszechnie używane. A „w sieci” też mi się wydaje na tyle ogólne, że…

Ale on sobie zastrzegł tytuł „W Sieci”…

Tam jest „W sieci opinii”.

…zastrzegł sobie tych tytułów mnóstwo. Natomiast „Polityka” jest tytułem prasowym, który ma ponad 50 lat. Też mogę powiedzieć, że tam sobie robią jakieś portale „wPolityce”, że się próbują podszywać. Ale ponieważ to jest „wPolityce”, a nie „Polityka”… Gdyby ktoś uruchomił tytuł o nazwie „Polityka” to też byśmy interweniowali, dlatego bo to jest nasze logo i mamy do niego prawo własności.

Czy Pani zdaniem media publiczne powinny zostać sprywatyzowane, czy możliwa jest misyjność w mediach prywatnych? Jak Pani ocenia sytuację w mediach publicznych?

Misyjność jest konieczna, tylko nikt jej nie potrafi określić. Jest sporo przedsięwzięć, które ja uważam za misyjne, typu Teatr Telewizji, dobry film dokumentalny, porządna informacja. Czy powinny zostać sprywatyzowane? Zawsze byłam zwolenniczką tego, żeby jeden z kanałów telewizji publicznej sprywatyzować, dlatego że, moim zdaniem, w tym kształcie raz, że jest zbyt dużym graczem na rynku reklamowym, na kurczącym się rynku programowym, a dwa, że jest maszynerią niewydolną, która na siebie nie zarabia i coraz bardziej upodabnia się do mediów komercyjnych. Wszędzie istnieją jakieś kanały publiczne o mniejszej lub większej tradycji. W Stanach Zjednoczonych nie cieszą się one zbytnią popularnością, BBC w Anglii cieszy się popularnością – to wszystko zależy od siły tradycji, kultury politycznej, a u nas problem finansowania mediów publicznych jest nierozwiązany od lat. I właściwie mamy do czynienia z tym, że to, co nazywamy „publiczne”, staje się coraz bardziej komercyjne.

A w aspekcie telewizji i w ogóle mediów publicznych – media obiektywne są prawie niemożliwe, każdy dziennikarz ma swoje poglądy…

Obiektywna jest informacja, a potem się zaczynają opinie i zespoły się dobierają wedle wyznawanych poglądów. Czytelnik też tego oczekuje. Im większa jest paleta prezentująca różne poglądy, różnych tytułów, tym lepiej. A każdy z nas ma swój światopogląd, swoje poglądy i po to są tygodniki opinii, żeby przedstawiać opinie autorów. Nie wyobrażam sobie co to by miała być publicystyka w pełni obiektywna. Czegoś takiego, moim zdaniem, nie ma, bo różnie postrzegamy świat, różnie patrzymy na te same wydarzenia. Różne wydarzenia filtrujemy przez nasze poglądy i tego też oczekuje czytelnik.

A czy media publiczne są, czy kiedykolwiek były pluralistyczne?

One jakoś są pluralistyczne, liczą czasy występowania tych polityków.

A w sensie doboru dziennikarzy i publicystów?

Są bardziej liberalne, są bardziej prawoskrętne. Właściwie teraz się pojawiła Telewizja Republika – tworzy ją bardzo zamknięte środowisko o bardzo wyrazistych poglądach. W innych mediach elektronicznych te poglądy bardziej się mieszają, są chyba bardziej zrównoważone, ale trudno tutaj cokolwiek przesądzać. Nie robię z tego dramatu. Tym, co mnie razi, jest nadmiar polityki w wydaniu polityków, a nie w wydaniu komentatorów. W związku z tym jest więcej chaosu niż takiego uporządkowanego obrazu.

Bardzo dziękuję za rozmowę.

Na spotkaniu ze studentami redaktor Janina Paradowska mówiła m.in. o tym, że związana jest ideowo ze środowiskiem dawnego Kongresu Liberalno-Demokratycznego i Unii Wolności. Mówiła, że ceni sobie Lecha Wałęsę, Aleksandra Kwaśniewskiego i zaprzyjaźniona jest z Donaldem Tuskiem. Za dobrych rozmówców uważa Bronisława Komorowskiego, Donalda Tuska, Aleksandra Kwaśniewskiego, Leszka Millera, Marka Borowskiego, a z prawej strony: Andrzeja Derę i Joachima Brudzińskiego. Z kolei jak chodzi o dziennikarzy prawicowych, to ceni Rafała Ziemkiewicza, Bronisława Wildsteina i Piotra Semkę.

Artykuł ukazał się na www.BLUBRY.pl.
http://www.blubry.pl/z-poznania/z-janin%C4%85-paradowsk%C4%85-o-dziennikarstwie-primaaprilisowym-%C5%BCarcie-literce-%E2%80%9Ew%E2%80%9D-prywatyzacji-i

piątek, 24 maja 2013

Poetyckiej sztafety ciąg dalszy - czy nie urwie nam wszystkim głowy?

Jeszcze nie dobiegł końca festiwal „Poznań Poetów”, a już rozpoczyna się kolejny cykl – „Poetyckie zawracanie głowy”. Impreza ma trwać aż do września, ale w przeciwieństwie do „Poznania Poetów”, ona nie eksponuje uznanych, zinterpretowanych i przeanalizowanych na wszystkie sposoby autorów, gdyż tutaj swoje strofy będą mogli zaprezentować wszyscy chętni wierszokleci – kandydaci do Parnasu.
 

Jak zapowiadają organizatorzy: Zaczynamy od formuły tradycyjnej – klasycznego spotkania autorskiego – by przejść potem do wierszowanych baśni, warsztatów, pisania i tworzenia poezji na żywo, dużej dyskusji panelowej, poezji śpiewanej czy ulicznego, odważnego performance’u i zakończyć nasz „festiwal” wielkim poetyckim slamem”. Dopowiedzmy, że slam poetycki to publiczna rywalizacja poetów-performerów, którzy prezentują swoje utwory w ograniczonym czasie, jury jest wybierane spośród publiczności, zaś na zwycięzców czeka nagroda.

Aby móc zaprezentować swoją poezję, należy przysłać na adres organizatora reprezentatywną próbkę swojej twórczości. Na pierwszy ogień, 25 maja (sobota) o godz. 18:00 zostanie rzucona poezja Inesy Kruszki i Łukasza Andrzeja Zaranka. Przygrywać im będzie akordeon, z którego dźwięki będzie wydobywać Filip Tomala. Miejsce i organizacja: Antykwariat Mały Książek, ul. Za Bramką 9/1. Kto chce być na bieżąco, niech wejdzie na https://www.facebook.com/events/121079068097496/

Artykuł ukazał się na stronie www.BLUBRY.pl.
http://www.blubry.pl/z-poznania/poetyckiej-sztafety-ci%C4%85g-dalszy-%E2%80%93-czy-nie-urwie-nam-wszystkim-g%C5%82owy

środa, 22 maja 2013

Szynkowski o biletach i zmianach w ZKZL

Na wczorajszej sesji Rady Miasta głosowano nad mnóstwem tematów, m.in. wprowadzono bilety semestralne oraz zmieniono osobowość prawną ZKZL. Jakie efekty mają przynieść wprowadzone rozwiązania? O tym rozmawialiśmy z Szymonem Szynkowskim vel Sęk, przewodniczącym klubu radnych PiS.


Kwestia biletów semestralnych wpisuje się w batalię na temat polityki transportowej miasta Poznania. Głosami radnych PO, PiS i SLD studenci i uczniowie poruszający się w mieście będą mogli płacić za 120-dniowe bilety sieciowe 155 zł, a za 150-dniowe 180 zł. Radny Szymon Szynkowski vel Sęk z PiS, jeden z głównych orędowników projektu obywatelskiego wstrzymującego podwyżki cen biletów, uważa, że jest to co prawda kroczek w dobrą stronę, ale jednak zbyt mały. 

Opowiedział również o ustaleniach, jakie zostały poczynione z klubem Platformy: Uzyskaliśmy publiczne zapewnienie PO, że jeśli do 18 czerwca prezydent nie wprowadzi rozwiązania zwalniającego pasażerów z odpowiedzialności za niedziałający biletomat, to oni poprą naszą uchwałę w tej sprawie. Mają poprzeć nasz pomysł wprowadzenia biletów 5-minutowych, jeśli PEKA (Poznańska Elektroniczna Karta Aglomeracyjna – przyp. red.) nie zostanie wprowadzona do stycznia. Mają również wspierać naszą propozycję, aby Rada Miasta utrzymała kompetencje ustalania cen biletów – mówi radny PiS.

Na tej samej sesji Rady Miasta uchwalona została zmiana statusu Zarządu Komunalnych Zasobów Lokalowych (ZKZL) na spółkę prawa handlowego (likwidacja obecnego ZKZL i powołanie spółki z o.o. nastąpi 30 września b.r.). Z wielkim entuzjazmem do tego pomysłu odniósł się m.in. Jarosław Pucek, obecny dyrektor ZKZL. Według założeń zwolenników tego rozwiązania, powstanie dzięki temu więcej mieszkań komunalnych – nawet 1.000. Teraz miasto nie może się dodatkowo zadłużać, aby budować mieszkania, natomiast nowa spółka, dzięki zmianie osobowości prawnej, będzie mogła brać kredyty na budowę.

Klub radnych PiS głosował przeciw. Głosowaliśmy przeciw, argumentując jako jedyni, że o ile sam pomysł przekształcenia ZKZL w spółkę nie jest najgorszy i daje pewne szanse, to przy tym prezydencie nie wierzymy w sukces realizacji planów z tym związanych, a boimy się ryzyka związanego ze złym zarządzaniem spółką. Chodzi o to, że w budżecie miasta nie można już zaciągać kredytów, bo jesteśmy pod kreską. Obecnie ZKZL jest rentowny. Na pytanie, czy gdyby ZKZL zbankrutował, to wtedy wszystkie należące do niego nieruchomości przeszłyby na własność kredytujących banków, odpowiedział: Prognozy pokazują, że ta rentowność raczej powinna być utrzymana. Do nowej spółki zostają wniesione „tylko” budynki po byłych NZOZ (Niepublicznych Zakładach Opieki Zdrowotnej – przyp. red.). To jakieś 25 mln zł majątku - powiedział Szynkowski.

Obecnie w zarządzie ZKZL znajduje się około 800 pustostanów.

Artykuł ukazał się na stronie www.BLUBRY.pl.
http://www.blubry.pl/z-poznania/szynkowski-o-biletach-i-zmianach-w-zkzl

piątek, 17 maja 2013

Pokaż Grobelnemu korki

Dzień flagi już dawno temu minął, ale prezydent Grobelny chyba ciągle ma na nosie różowe okulary, bo nie widzi korków na poznańskich ulicach. Powiedział to na antenie radia Merkury, a na reakcję nie trzeba było długo czekać – odpowiedziało stowarzyszenie My Poznaniacy tworząc na Facebooku wydarzenie pod nazwą „Wyślij KORKOWI (prezydentowi Ryszardowi Grobelnemu) zdjęcia korków.
 


Stowarzyszenie namawia, aby robić zdjęcia sznurkom samochodów i wysyłać je na adres prezydenta Grobelnego. Proponują również, aby wysyłać wraz ze zdjęciami list – oto jego fragment: W ostatnim czasie sytuacja w zakresie zakorkowania miasta oraz jakości komunikacji miejskiej uległy pogorszeniu. W wypowiedzi dla Radia Merkury stwierdził Pan, że nie widzi więcej korków - choć liczba kupujących bilety spadła. Jeśli nic się nie zmieniło to skąd korek na zdjęciu? Co stało się z tymi mieszkańcami, którzy zrezygnowali z komunikacji zbiorowej? Masowo przesiedli się na rowery? Trudno w to uwierzyć.


Temat rozmowy w radiu wywołany był wynikiem raportu przygotowanego przez stowarzyszenie Inwestycje dla Poznania, z którego wynika m.in. to, że od czasu wprowadzenia podwyżek cen biletów, ich sprzedaż spadła o ponad 22%. Przypomnijmy, że pod koniec roku poznańskie stowarzyszenia miejskie, przy wsparciu klubów PiS i SLD, zbierały podpisy pod projektem obywatelskim wstrzymującym ceny biletów komunikacji miejskiej. Akcję wspierały duchowo również lokalne media. Projekt był głosowany na sesji Rady Miasta, ale przepadł. Przeciw głosowała większość radnych Platformy oraz cały klub prezydencki PRO, za – klub PiS, SLD i kilku radnych PO i niezależny Juliusz Kubel.


W czasie debaty wysuwano również argument ekonomiczny – stowarzyszenia i radni popierający projekt twierdzili, że wzrost cen przy spadającej jakości usług spowoduje spadek wpływów do miejskiej kasy. Przeciwnicy projektu, w tym prezydent Grobelny, stanowczo temu zaprzeczali. Jak widać, zaprzeczają również dziś.

Artykuł ukazał się na stronie www.BLUBRY.pl.
http://www.blubry.pl/z-poznania/poka%C5%BC-grobelnemu-korki

czwartek, 16 maja 2013

Noblista w Poznaniu - prof. Thomas Robert Cech

Wydział Biologii UAM gościł dziś Thomasa R. Cecha, profesora z Uniwersytetu Colorado w Boulder, który w 1989 roku wraz z Sidneyem Altmanem otrzymał nagrodę Nobla w dziedzinie chemii. Jego badania nad cząsteczkami RNA przyczyniły się do postawienie hipotezy o „świecie RNA”, który miałby być fazą w procesie powstawania życia na ziemi.
 

Chętni do wysłuchania profesora nie zmieścili się na auli Wydziału Biologii na Morasku, zajęta była również sąsiednia sala wykładowa, która także była wypełniona po brzegi. Dla osób, które nie pomieściły się w obu salach wystawiony był jeszcze telewizor – słuchali wykładu na stojąco.

Profesor opowiadał o swoim uniwersyteckim instytucie oraz o badaniach, które przyniosły mu nagrodę Nobla. Odkrył, że cząstki RNA nie są tylko biernym nośnikiem informacji genetycznej, ale że mogą mieć zdolność wpływania na reakcje chemiczne.

Artykuł ukazał się na stronie www.BLUBRY.pl.
http://www.blubry.pl/z-poznania/noblista-w-poznaniu-%E2%80%93-prof-thomas-robert-cech

środa, 15 maja 2013

Co z działką u zbiegu ulic Nowowiejskiego i 23 Lutego?

Rowerownia, hotel, biurowiec, przestrzeń ciszy i centrum multifunkcjonalne – to propozycje studentów z Wydziału Architektury Politechniki Poznańskiej na zagospodarowanie działki na osiedlu Stare Miasto, pozostałej po stacji benzynowej. Swoje projekty zaprezentowali na wtorkowym posiedzeniu Komisji Rewitalizacji w Urzędzie Miasta Poznania.
 


Na początku XX wieku był tam teren zielony, teraz jest niewykorzystana działka, która należy po części do miasta, po części do Orlenu. Podobno miasto ma uzyskać część należącą do koncernu paliwowego na zasadzie zamiany za inną działkę. Na poprzednich posiedzeniach komisji przedstawione były 2 koncepcje – całkowita zabudowa działki poprzez postawienie na niej biurowca oraz utworzenie na niej skweru.


Tym razem Miejska Pracownia Urbanistyczna przedstawiła koncepcję kompromisową – częściowa zabudowa działki i pozostawienie sporej jej części na skwer. Nowy budynek byłby „przyklejony” do kamienicy przy ul. Nowowiejskiego. Miałby on szerokość od 9 do 15 metrów, a jego wysokość byłaby równa wysokości kamienicy przy Nowowiejskiego. Patrząc na działkę od strony Placu Wolności budynek sądu przy ul. Młyńskiej były częściowo zasłonięty.


Po urbanistach, swoje koncepcje przedstawili studenci z Politechniki Poznańskiej, podopieczni profesora Krzysztofa Frąckowiaka, przewodniczącego Wielkopolskiej Okręgowej Izby Architektów. Były dwa pomysły na biurowiec, z czego w jednym mieściłaby się pomoc prawna dla studentów. Z biurowcami koegzystowałaby strefa zieleni, która delikatnymi, schodowymi kaskadami dostosowywałaby się do nachylenia ulicy. Był projekt małego hotelu o funkcji Bed&Breakfast, był pomysł, aby zrobić tam centrum rowerowe – parking i serwis w jednym, a także centrum multifunkcjonalne – miejsce, w którym mogłyby się odbywać konferencje, wystawy sztuk plastycznych i wykłady. Zupełnie inaczej do tematu podszedł student, który zwrócił uwagę, że w tamtej lokalizacji przekraczane są normy dopuszczalnego hałasu – przedstawił futurystyczny zarys szklanej konstrukcji rozbijającej fale dźwiękowe, wewnątrz której panowałaby cisza i spokój.


W dyskusji wzięli udział także radni osiedla Stare Miasto, m.in. Michał Kondella, który wypowiadał się również jako mieszkaniec ulicy Nowowiejskiego. Według niego, na tamtej działce koniecznie musi się znaleźć miejsce na zieleń. Ze studenckich rozwiązań przypadło mu do gustu połączenie biurowca z kaskadowym układem zieleni.


Jak się okazuje, ta niewielka działka budzi spore zainteresowanie, ponieważ ścierają się na niej różne interesy – interes miasta, które zarobiłoby najwięcej budując na całym jej terenie biurowiec oraz interes mieszkańców, którym żyłoby się milej, gdyby w centrum było więcej zieleni.

Artykuł ukazał sie na stronie www.BLUBRY.pl.
http://www.blubry.pl/z-poznania/co-z-dzia%C5%82k%C4%85-u-zbiegu-ulic-nowowiejskiego-i-23-lutego