środa, 15 maja 2013

Co z działką u zbiegu ulic Nowowiejskiego i 23 Lutego?

Rowerownia, hotel, biurowiec, przestrzeń ciszy i centrum multifunkcjonalne – to propozycje studentów z Wydziału Architektury Politechniki Poznańskiej na zagospodarowanie działki na osiedlu Stare Miasto, pozostałej po stacji benzynowej. Swoje projekty zaprezentowali na wtorkowym posiedzeniu Komisji Rewitalizacji w Urzędzie Miasta Poznania.
 


Na początku XX wieku był tam teren zielony, teraz jest niewykorzystana działka, która należy po części do miasta, po części do Orlenu. Podobno miasto ma uzyskać część należącą do koncernu paliwowego na zasadzie zamiany za inną działkę. Na poprzednich posiedzeniach komisji przedstawione były 2 koncepcje – całkowita zabudowa działki poprzez postawienie na niej biurowca oraz utworzenie na niej skweru.


Tym razem Miejska Pracownia Urbanistyczna przedstawiła koncepcję kompromisową – częściowa zabudowa działki i pozostawienie sporej jej części na skwer. Nowy budynek byłby „przyklejony” do kamienicy przy ul. Nowowiejskiego. Miałby on szerokość od 9 do 15 metrów, a jego wysokość byłaby równa wysokości kamienicy przy Nowowiejskiego. Patrząc na działkę od strony Placu Wolności budynek sądu przy ul. Młyńskiej były częściowo zasłonięty.


Po urbanistach, swoje koncepcje przedstawili studenci z Politechniki Poznańskiej, podopieczni profesora Krzysztofa Frąckowiaka, przewodniczącego Wielkopolskiej Okręgowej Izby Architektów. Były dwa pomysły na biurowiec, z czego w jednym mieściłaby się pomoc prawna dla studentów. Z biurowcami koegzystowałaby strefa zieleni, która delikatnymi, schodowymi kaskadami dostosowywałaby się do nachylenia ulicy. Był projekt małego hotelu o funkcji Bed&Breakfast, był pomysł, aby zrobić tam centrum rowerowe – parking i serwis w jednym, a także centrum multifunkcjonalne – miejsce, w którym mogłyby się odbywać konferencje, wystawy sztuk plastycznych i wykłady. Zupełnie inaczej do tematu podszedł student, który zwrócił uwagę, że w tamtej lokalizacji przekraczane są normy dopuszczalnego hałasu – przedstawił futurystyczny zarys szklanej konstrukcji rozbijającej fale dźwiękowe, wewnątrz której panowałaby cisza i spokój.


W dyskusji wzięli udział także radni osiedla Stare Miasto, m.in. Michał Kondella, który wypowiadał się również jako mieszkaniec ulicy Nowowiejskiego. Według niego, na tamtej działce koniecznie musi się znaleźć miejsce na zieleń. Ze studenckich rozwiązań przypadło mu do gustu połączenie biurowca z kaskadowym układem zieleni.


Jak się okazuje, ta niewielka działka budzi spore zainteresowanie, ponieważ ścierają się na niej różne interesy – interes miasta, które zarobiłoby najwięcej budując na całym jej terenie biurowiec oraz interes mieszkańców, którym żyłoby się milej, gdyby w centrum było więcej zieleni.

Artykuł ukazał sie na stronie www.BLUBRY.pl.
http://www.blubry.pl/z-poznania/co-z-dzia%C5%82k%C4%85-u-zbiegu-ulic-nowowiejskiego-i-23-lutego

wtorek, 14 maja 2013

Rotmistrz Pilecki ikoną popkultury?

Wczoraj odbył się Marsz Rotmistrza upamiętniający 112. rocznicę urodzin Witolda Pileckiego. Uczestnicy zgromadzili się na Placu Wolności i stamtąd przeszli pod Pomnik Polskiego Państwa Podziemnego naprzeciw kościoła dominikanów. Obecnych było kilkaset osób, głównie młodych, z różnych środowisk patriotycznych. Organizacją zajął się poznański KoLiber.


Mówiąc w wielkim uproszczeniu, Pilecki był żołnierzem, który w czasie II wojny światowej specjalnie dał się zamknąć w Auschwitz, aby zebrać informacje, na temat tego co się tam tak naprawdę dzieje i zbudować struktury podziemne. Udało mu się uciec z obozu, przekazać informacje i brać udział w kolejnych zadaniach. Po wojnie dostał się w ręce komunistów, którzy go katowali, wydali wyrok śmierci i zamordowali. Skazali go nie tylko na śmierć, ale i na zapomnienie.

Po latach, pamięć o Pileckim odżyła, tak jak powoli odżywa pamięć o innych Żołnierzach Wyklętych. Jego niesamowity życiorys mógłby być kanwą wciągającego serialu. Skoro udało się nakręcić „Walkirię”, film o niemieckim pułkowniku Stauffenbergu, który w obliczu militarnych klęsk swojego wodza zdecydował się przeprowadzić zamach na Hitlera, to co dopiero zrobić w Hollywoodzkim stylu film o prawdziwym (super)bohaterze Pileckim, który zawsze był po stronie dobra – scenariusz w zasadzie już jest gotowy. Potwierdzeniem jest to, że w cyklu komiksów „Epizody z Auschwitz”, które są również do kupienia także w Państwowym Muzeum Auschwitz-Birkenau, ukazał się tom pod tytułem „Raport Witolda”. Ten komiks ma wzięcie.

Po co nam pamięć o Pileckim? Czy nie lepiej założyć różowe okulary i czcić czekoladowego orła, zamiast „uprawiać martyrologię”? Wielu, jeśli nie większość bohaterów, kończyła życie tragicznie – Achilles, Leonidas, Aleksander Wielki… Nie trzeba chyba wymieniać dalej. To o nich pisano eposy, to o nich opowiadają współczesne hity kinowe. Czy ktoś postrzega te historie jako przejaw skłonności do historycznego sadomasochizmu? Pilecki to bohater i jako taki staje się wzorem, punktem odniesienia. To dlatego został zamordowany przez polskich komunistów – bo w porównaniu z nim to oni byli podłymi kolaborantami, podnóżkami Stalina. Pilecki i dziś jest niewygodny, bo przy nim wyglądamy jak rozleniwione i rozwydrzone dzieci, które interesuje tylko to, aby miska z chipsami była zawsze pełna, a kanał z bajkami nigdy nie miał końca.

Artykuł ukazał się na stronie www.BLUBRY.pl.
http://www.blubry.pl/z-poznania/rotmistrz-pilecki-ikon%C4%85-popkultury

poniedziałek, 13 maja 2013

Moda na kontenery w kolorze ecru?

Kiedyś miały logo PCK, co wykształciło w ludziach odpowiednie skojarzenie. Trwa ono do dziś, mimo że od dawna logo jest zupełnie inne i odwołuje się bardziej do postaw proekologicznych, a nie do pomocy ubogim. Mowa o wielkich kontenerach na odzież, których na ulicach Poznania jest dużo więcej niż kontenerów do segregacji odpadów (papier, szkło, plastik) razem wziętych. Skąd się wzięły, po co stoją, co się z nimi dzieje i co o nich myśleć?
 

Kontenery są własnością firmy Wtórpol ze Skarżyska-Kamiennej (woj. świętokrzyskie). Zajmuje się ona zbieraniem używanej odzieży, jej selekcją i dalszym wykorzystaniem – sprzedażą lub przerobem na czyściwo wykorzystywane w przemyśle. Według danych ze strony firmowej, Wtórpol w całej Polsce ma ustawionych 35.000 pojemników i w najbliższym czasie planuje dostawić kolejnych 12.000! Zatem interes dobrze się kręci. Podobno rocznie przerabia się w jej zakładach 34.000 ton odzieży. Firma zatrudnia 1.200 osób, z czego 600 to niepełnosprawni. Wtórpol szczyci się, że posiada własną sieć 70 lumpeksów zlokalizowanych na południu Polski i szuka nowych lokali w dużych miastach. Szykuje się także do ekspansji na Słowację, Czechy, Niemcy, Węgry, Litwę, Łotwę, Białoruś i Ukrainę.

Do dziś jednak mnóstwo osób przeświadczonych jest o tym, że wrzucana do tych kontenerów odzież trafia potem do organizacji charytatywnych, które przekazują je ubogim w Polsce lub za granicą. Otóż nic bardziej mylnego – zarabia na nich Wtórpol. Co prawda na początku firma ta współpracowała z PCK, ale teraz już ta współpraca jest Wtórpolowi niepotrzebna, gdyż firma założyła swoją fundację „Eco Textil”, której logo jest uśmiechnięta, ekologiczna buźka. Dodajmy, że fundacji o tej nazwie w KRS nie można znaleźć, ale na stronie internetowej można przeczytać, że pomogła ona blisko setce dzieci, fundując im sprzęt rehabilitacyjny. Oby tak rzeczywiście było. 

Kontenery z ekologiczną buźką stoją w sąsiedztwie wspomnianych wcześniej pojemników do segregacji śmieci, ale chyba jeszcze częściej stoją tam, gdzie jakaś działka wygląda na niczyją lub należy do gminy. Często stoją na trawnikach, poboczach dróg, parków, niedaleko przystanków, na nieużytkach. Niekiedy w zasięgu wzroku mamy po kilka kontenerów. Na stronie internetowej Wtórpolu możemy przeczytać, że takie kontenery mogą przynieść gminie korzyść – w świetle nowych przepisów o gospodarowaniu odpadami teraz to gmina jest właścicielem śmieci i musi je usuwać. Jak podają, gminy dzięki kontenerom mogą zaoszczędzić 10 milionów złotych rocznie. Suma śmieszna, bo rozkłada się na wszystkie gminy, w których Wtórpol rozstawia swoje pojemniki.

Czy dwumetrowej wysokości, kanciasty pojemnik w kolorze ecru, z kolorową buźką szpeci przestrzeń? Niech każdy sam odpowie sobie na to pytanie. Na pewno szpeci, gdy obok pojemników leżą sterty ubrań, które się nie zmieściły lub zostały z nich wyciągnięte. W Internecie można przeczytać o tym, że kontenery te są często niszczone, podpalane, odrywane są od nich elementy, które potem sprzedawane są na złom. Znany jest nawet przypadek, gdy całe kontenery były kradzione i oddawane do skupu. Bywa, że - zwłaszcza zimą - robią sobie w nich gniazda szczury. Pomimo niedogodności, nadal jest to opłacalny biznes dla Wtórpolu. 

Gdyby Wtórpol do swojej działalności nie dorobił historyjki o wspieraniu biednych lub o działaniu na rzecz środowiska, to ciekawe czy nadal by tyle zarabiał? Jedno trzeba przyznać – Wtórpol umożliwia pozbycie się odzieży za darmo. Wyrzucając ją na śmietnik, trzeba by za to płacić. Ale może nie każdy zaraz by wyrzucał do śmietnika? Może zaniósłby te ubrania do jakiejś realnej, wpisanej do KRS organizacji wspierającej ubogich w kraju lub za granicą?

Artykuł ukazał się na stronie www.BLUBRY.pl.
http://www.blubry.pl/z-poznania/moda-na-kontenery-w-kolorze-ecru

niedziela, 12 maja 2013

O filmie "Bunt stadionów" z Marcinem Kawką, rzecznikiem stowarzyszenia "Wiara Lecha"

Od niedawna w sieci i na DVD dostępny jest film pt. "Bunt stadionów" w reżyserii Mariusza Pilisa. Pokazuje on środowisko polskich kibiców z zupełnie innej strony niż przedstawiają to główne kanały informacyjne. W związku z wtorkowym pokazem autorskim tego filmu (Wyższa Szkoła Handlu i Usług, ul. Zwierzyniecka 13, godz. 19:00) zadajemy kilka pytań rzecznikowi Wiary Lecha, Marcinowi Kawce.
 

Czy zgadzasz się z obrazem środowiska kibiców przedstawionym w „Buncie stadionów”?

Brałem czynny udział w tworzeniu tego filmu. Ukazuje on część naszego środowiska. Cieszę się, że pokazuje on kibiców z innej strony, niż mainstreamowe media. W filmie skupiono się na tym, aby pokazać naszą działalność historyczno-patriotyczną. Pominięte zostały inne obszary naszej działalności. Stanowi to - moim zdaniem - dobry początek zmiany świadomości postrzegania kibiców jako zła wcielonego.

Co sądzisz o opisanym konflikcie pomiędzy kibicami a niektórymi politykami?

Przyznam się, że bardzo nie lubię, gdy politycy - bez względu na orientację - wykorzystują kibiców do swoich celów. My działamy z potrzeby serca, by oddać należną cześć bohaterom, by pamiętać o historii naszego państwa. Wyrażamy to poprzez oprawy (m.in. ogromne grafiki na trybunach – przyp. red.) czy wspólne akcje charytatywne.

Instrumentalne traktowanie środowiska kibicowskiego przez polityków to jedno. Ale w filmie jest też mowa o sprawie Starucha. Czy nie ma ona podłoża politycznego?

Dzisiaj musimy sobie jasno powiedzieć, że pod wieloma względami ruch kibicowski w Poznaniu i w Warszawie znacznie się różni. Nie mnie oceniać powody zatrzymania Piotra Staruchowicza. Spójrzmy na to z innej strony - 8 miesięcy aresztu bez postawienia konkretnych zarzutów, opierając się z niespójnych, pełnych niedomówień, przekłamań, zmian zeznań „świadka” koronnego, z którym policja i prokuratura nie ma od bardzo długiego czasu kontaktu... To chyba wystarczy za komentarz.

Dziękuję za rozmowę.

Artykuł ukazał się na stronie www.BLUBRY.pl.
http://www.blubry.pl/z-poznania/o-filmie-%E2%80%9Ebunt-stadion%C3%B3w%E2%80%9D-z-marcinem-kawk%C4%85-rzecznikiem-stowarzyszenia-wiara-lecha

piątek, 10 maja 2013

Poznańskie stowarzyszenia miejskie

Zdanie, które J.F. Kennedy wypowiedział w czasie przemówienia z okazji swojego zaprzysiężenia na prezydenta Stanów Zjednoczonych, stało się sloganem wykorzystywanym przy najróżniejszych okazjach, przez najróżniejszych ludzi. Można je odczytać i tak – nie czekaj aż się coś zrobi samo, tylko weź sprawy w swoje ręce i zacznij wprowadzać zmiany, jakich oczekujesz. Jedną z form takiej działalności są stowarzyszenia miejskie.


Co rozumiemy przez stowarzyszenie miejskie? To takie organizacje, których działalność skupia się na wprowadzaniu rozwiązań ułatwiających życie lokalnej społeczności – w tym przypadku Poznania lub jakiejś jego części. Bardzo często ich projekty są inspiracją lub są literalnie wykorzystywane przez radnych miejskich i osiedlowych, dzięki czemu można uznać te stowarzyszenia za samobieżne think tanki. Oto kilka z poznańskich stowarzyszeń miejskich w kolejności alfabetycznej. Opiszemy inicjatywy, w które są ostatnio zaangażowane.

Inwestycje dla Poznania. Zabiegają o to, aby droga dla pieszych z nowego dworca PKP na przystanek tramwajowy przy ul. Matyi wiodła krótszą trasą, dzięki czemu piesi mieliby do pokonania nie 448 m, jak było w zakładanym pierwotnie projekcie, a 216 m. Zaangażowani są w czyszczenie miasta z wszędobylskich i nielegalnych reklam w postaci banerów i plakatów klejonych na czym popadnie. 

Lepsze Rataje. Stowarzyszenie stara się, aby utworzyć linię autobusową, która dochodziłaby do Term Maltańskich, ponieważ teraz praktycznie jedyny możliwy sposób, aby się tam dostać, to przyjechać samochodem i postawić go na płatnym parkingu. Stowarzyszenie ostatnio złożyło projekt do budżetu obywatelskiego, aby wybudować ścieżkę rowerowo-spacerową w rejonie Łaciny i Polanki.

My Poznaniacy. Postulują, aby o Budżecie Obywatelskim Poznania mogli decydować nie tylko mieszkańcy z czynnym prawem wyborczym, ale również studenci. Dzięki temu studiujący tutaj mają być bardziej zaangażowanymi w życie Poznania, co być może skłoni ich do pozostania w naszym mieście. Proponują wprowadzanie rozwiązań uspokajających ruch samochodowy w centrum miasta. Wystartowali w ostatnich wyborach samorządowych i uzyskali przyzwoity wynik, jednak nie udało im się nikogo wprowadzić do rady miasta.

Prawo do Miasta. Jest to powstały co dopiero (25 kwietnia) odłam stowarzyszenia My Poznaniacy. Nie zdążyli jeszcze przedstawić żadnego projektu pod swoim szyldem, ale wśród ich członków znajdują się osoby, które były aktywne w My Poznaniakach, dlatego o nich wspominamy.

Projekt Poznań. Najgłośniejszą inicjatywą, którą zainicjowali był projekt obywatelski pod uchwałą w sprawie wstrzymania podwyżek cen biletów komunikacji miejskiej. Umotywowane to było tym, że jakość usług niebywale spadła ze względu na wszędobylskie remonty drogowe oraz tym, że zaczęła spadać sprzedaż samych biletów. Ostatnio orędują za stworzeniem systemu kolei aglomeracyjnej na bazie istniejącego systemu kolejowego.

Przystanek Folwarczna. Działają jako grupa inicjatywna mieszkańców i postawili sobie za cel, aby doprowadzić do przebudowy ulicy Folwarcznej, dzięki czemu mieszkańcy z tamtych okolic nie byliby „odcięci” komunikacyjnie od miasta. Postulują również za tym, aby doprowadzić do tamtej części miasta linię tramwajową i zintegrować ją z pętlą na Franowie.

Tak dla Poznania. Zbierali podpisy za likwidacją straży miejskiej w Poznaniu. Są przeciwnikami wprowadzenia Strefy Płatnego Parkowania na Łazarzu i Wildzie. Nie ukrywają, że mają ambicje polityczne, czyli start w wyborach samorządowych.

Ulepsz Poznań. Realizują się na polu estetycznym. Uparcie dążą do renowacji schodów prowadzących z ulicy Chwiałkowskiego w kierunku „Chwiałki” (basenu), polegającej na ich remoncie i artystycznym pomalowaniu. Inną inicjatywą jest akcja „Wzorcowy szyld”, gdzie nagradzane są reklamy i tablice informacyjne, które harmonizują z architekturą najbliższych budynków.

Wymienione stowarzyszenia w ogromnej większości przypadków mają zbieżne cele i często dochodzi między nimi do współpracy. Tak było w przypadku zbierania podpisów za zamrożeniem cen biletów komunikacji miejskiej, tak było w przypadku inicjatywy Przystanku Folwarczna, tak było w przypadku „Wzorcowego szyldu”. Jak widać z powyższego zestawienia, najczęściej interesują je zagadnienia komunikacyjne, ale nie ograniczają się one wyłącznie do tej dziedziny. Z głosem stowarzyszeń coraz bardziej liczą się władze, ale to raczej z takiego powodu, że organizacje te zdobywają sobie coraz szersze grono sympatyków. A im bliżej wyborów, tym bardziej władzom poprawia się słuch.

Artykuł ukazał się na stronie www.BLUBRY.pl.
http://www.blubry.pl/z-poznania/pozna%C5%84skie-stowarzyszenia-miejskie

czwartek, 9 maja 2013

Skąd się wzięły "polskie obozy koncentracyjne"?

Gdy na Zachodzie ludzie mówią o „polskich obozach koncentracyjnych”, to jest to przejęzyczenie, czy też po prostu szczerze są o tym przekonani? Na pomyłkę to nie wygląda, gdyż zbyt często padają z ich ust te słowa. Skąd zatem takie przekonanie? Szczególnie dla osób, które pamiętają okres II wojny światowej, takie kłamstwa są nie tylko niepojęte, ale również bolesne. Tematowi zacierania prawdy o zbrodniach niemieckich poświęcony był wykład prof. Krystyny Daszkiewicz, który odbył się w przeddzień 68. rocznicy zakończenia II Wojny Światowej na Wydziale Prawa i Administracji UAM.
 

Korzeni tego stanu rzeczy profesor Daszkiewicz dopatruje się już w samych działaniach Niemców – na ziemiach polskich dokonywali mnóstwa egzekucji masowych, część z nich była jawna (na pokaz, aby wystraszyć Polaków), ale wiele było utajnianych i nie rejestrowanych. Niemcy w wielu przypadkach nie prowadzili ewidencji zbrodni, często celowo podawali nieprawidłowe daty wydarzeń, stosowali mylące kryptonimy akcji (np. „Akcja Pokojowa”), fałszowali przyczyny zgonów (najczęściej podawano przyczyny naturalne), zacierali ślady po mogiłach: niwelowali teren, sadzili drzewa, palili zwłoki i miażdżyli na proch pozostałe po nich kości. Niemcy tak umiejętnie maskowali swoje zbrodnie, że Żydzi z Zachodniej Europy będąc transportowani do Majdanka nie mieli świadomości, że jadą na śmierć.

Profesor zwróciła uwagę na to, jak obecnie manipuluje się językiem. Gdy Polacy byli zmuszani do zmiany miejsca zamieszkania, wtedy Niemcy nazywali to „ewakuacją”, „akcją wysiedleńczo-pacyfikacyjną”. Natomiast, gdy po wojnie na Ziemie Odzyskane wkraczała Armia Czerwona, przed którą Niemcy uciekali, wtedy nazwali to „wypędzeniem”. Profesor Daszkiewicz przypomniała jedną z konferencji zorganizowanych przez Instytut Zachodni w Poznaniu, na której zastanawiano się, czy w związku z „wypędzeniami” Polacy byli jedynym źródłem cierpień Niemców. A gdzie tu przyczyna pierwotna, czyli napaść na Polskę? 

Innym przykładem językowej manipulacji jest używanie słowa „naziści” zamiast „Niemcy”. Jest to dla Niemców wygodne, gdyż zwalnia ich to od odpowiedzialności, a poza tym łatwiej wtedy szukać „nazistów” wśród innych nacji. Niestety, także prezydent Obama w liście do prezydenta Komorowskiego, w którym przepraszał za użycie słów „polskie obozy koncentracyjne”, ani razu nie użył słowa „Niemcy”, za to słowo „naziści” padło we wszystkich przypadkach. Wystarczy, że ktoś ma braki w wiedzy na temat historii II wojny światowej, a wtedy takie „kosmetyczne” nieścisłości terminologiczne mogą mieć kolosalne znaczenie dla uznania tego, kto był katem, a kto ofiarą.

Pani profesor przytoczyła również wypowiedź Szewacha Weissa, który stwierdził, iż Polacy niewystarczająco mówią o prawdzie na temat wojny za granicą. Powiedziała również, że dorobek badań wielu profesorów i naukowców, m.in.: Karola Pospieszalskiego, Stanisława Waszaka, Zbigniewa Janowicza nie dość, że nie jest prezentowany na Zachodzie, to nawet w kraju się o nim zapomina. Co gorsza, okazuje się, że mnóstwo dowodów w postaci fotografii, archiwów Polacy wypożyczyli… Niemcom. I zanosi się na to, że jest to wypożyczone na wieczne oddanie. Gdy uznany amerykański profesor Richard Lukas napisał książkę „Zapomniany Holokaust” na temat krzywd Polaków doznanych w czasie II wojny światowej – został objęty przez amerykańskie środowisko naukowe anatemą za to, że ośmielił się porównać cierpienia narodu polskiego do cierpień narodu żydowskiego. To, że powstają dziś takie produkcje jak niemiecki serial „Nasze matki, nasi ojcowie”, gdzie Niemcy są wybielani a Polacy oczerniani – w kontekście przytoczonych okoliczności przestaje dziwić.

W czasie wykładu pani profesor Daszkiewicz przez kilkanaście minut odczytywała miejsca w Wielkopolsce, gdzie tylko w roku 1939, a więc przez 4 miesiące, dokonywane były egzekucje. Straszna statystyka. Szokujące jest to, z jakim okrucieństwem i kalkulacją dokonywane były te zbrodnie. To nie w wyniku frontowych porażek czy dokuczliwości partyzantów Niemcy stali się potworami. Oni dokonywali eksterminacji, gwałtów, tortur i grabieży programowo - od pierwszego dnia wojny. Brali w tym udział nie tylko fanatyczni esesmani, ale i żołnierze Wehrmachtu. Już wtedy Niemcy mieli opracowane techniki „odzyskiwania” kosztowności i wartościowych przedmiotów. Wykorzystywany był w tym celu także niezwykle rozbudowany system obozów przejściowych, w których ludzie byli selekcjonowani na tych do zabicia, do ciężkich robót i do germanizacji (niebieskookie i blondwłose dzieci). Takie obozy przejściowe znajdowały się również w Poznaniu na ulicy Głównej, przeszło przez nie około 130.000 osób.

Niemcy mordowali także kobiety, starców i dzieci, ludzi niepełnosprawnych i chorych psychicznie. Nie interesowało ich to, aby Polaków leczyć, nie interesowało ich, aby zapewniać Polakom minimum racji żywnościowych. Tylko w Polsce Niemcy wprowadzili i egzekwowali prawo, według którego nawet za kromkę chleba daną Żydowi groziła śmierć. A to właśnie w Polsce uratowanych było najwięcej Żydów, co potwierdzają dane instytutu Yad Vashem. Profesor Daszkiewicz powiedziała, że Żydzi byli bez wątpienia najbardziej znienawidzeni przez Niemców i jako naród doznali największych strat, ale nie wolno nam zapominać o naszych krzywdach, które również były kolosalne – liczba ludności Polski po wojnie zmniejszyła się o 14 milionów, straty materialne, czyli zniszczone miasta, przemysł, zabytki, szkoły, szpitale, infrastruktura komunikacyjna, zwierzyna leśna, zwierzęta gospodarskie, surowce, wywiezione dobra kultury, kosztowności, a także wszystko to, co dało się wywieźć i wykorzystać (nawet krawężniki)… Jak podają niektóre szacunki, straty wojenne poczynione przez Niemców jak i Rosjan, można przeliczyć na 700 miliardów dolarów (licząc, że dziś 1 $ wart jest 3 zł, wynosi to ponad 2 biliony zł). Dla porównania dziś PKB Polski jest wielkości 690 miliardów dolarów. I jeszcze mamy deficyt budżetowy sięgający według Money.pl 1 biliona zł. Jak dzisiaj wyglądałaby Polska, gdyby nie te straty ludnościowe i materialne?

Pani profesor Krystyna Daszkiewicz jest uznanym autorytetem w dziedzinie prawa karnego, wyspecjalizowała się w problematyce niemieckich zbrodni wojennych i zbrodni przeciwko ludzkości, a także w badaniach nad patologiami społecznymi. Była członkiem Armii Krajowej, po wojnie zrobiła błyskotliwą karierę naukową. W latach 80-tych XX wieku włączyła się w działalność opozycyjną. W 2008 roku została uhonorowana tytułem Zasłużony dla Miasta Poznania.

Artykuł ukazał się na stronie www.BLUBRY.pl.
http://www.blubry.pl/z-poznania/sk%C4%85d-si%C4%99-wzi%C4%99%C5%82y-%E2%80%9Epolskie-obozy-koncentracyjne%E2%80%9D

wtorek, 7 maja 2013

O mało co nie zgarnęli kilkunastu milionów złotych

„Jak ja składam ofertę w postępowaniu, to ja wygrywam” – miał powiedzieć H.S. prezes firmy Alkom Sp. z o.o. w czasie rozprawy dotyczącej odwołania od wyników przetargu ogłoszonego przez Zarząd Zieleni Miejskiej w Poznaniu (ZZM) na Konserwację i utrzymanie zieleni miejskiej na terenie miasta Poznania – 10 części. Na podziw zasługuje determinacja, z jaką pan prezes chciał zdobyć zlecenie dla swoich firm. Na podziw zasługuje również mała spostrzegawczość ZZM, który nie zauważył jaskrawych dowodów złamania przepisów Prawa zamówień publicznych.


Zieleń w 10 częściach

ZZM podzielił teren miasta Poznania na 10 rejonów, na których wyłonieni w przetargu wykonawcy mieli pielęgnować miejską zieleń przez 2 lata. Po co ten podział? Nie tylko po to, aby sprawniej zarządzać zielenią na obszarze miasta. W specyfikacji (SIWZ – Specyfikacja Istotnych Warunków Zamówienia) zaznaczono, że wykonawcy mogą składać oferty co najwyżej na 2 rejony. Zapis ten gwarantował, że nie dojdzie do sytuacji, w której 1 firma będzie zajmować się zielenią w całym mieście – taki monopolista, który otrzymałby od instytucji publicznej tak duże zlecenie zyskałby przewagę ekonomiczną nad konkurencją, a po jej wyeliminowaniu mógłby dyktować warunki miastu. Zatem w myśl owego zapisu w Poznaniu zielenią zajmowałoby się od 5 do 10 firm, co nie zaburzałoby sytuacji na rynku wtórnym.

Jak zdominować rynek?

Prezes Alkomu wymyślił, że może wystartować do przetargu z kilkoma firmami, które osobiście kontroluje bądź są z nim kapitałowo lub personalnie związane. Alkom Sp. z o.o. (wpisana do KRS dnia 9.12.2009 pod numerem 343489) ma swoją bliźniaczkę firmę Alkom Sp. z o.o. spółka komandytowa (wpisana do KRS dnia 31.09.2009 pod numerem 345293) i ich siedziby mieszczą się pod tym samym adresem: ul. Północna 1 w Poznaniu. Pod tym samym adresem siedzibę ma firma KDS sp. z o.o. (wpisana do KRS dnia 7.11.2003 pod numerem 178658), której pan H.S. jest prezesem od 25.04.2013 roku (w czasie trwania procedury przetargowej prezesem był J.M.). Ponadto można było wykorzystać jeszcze współpracującą z H.S. firmę Luktrans z Koninkowa k. Gniezna oraz Paweko z Tarnowa k. Tuliszkowa. Razem to daje 5 podmiotów gospodarczych i szansę przejęcia 50-100% z tortu zamówienia publicznego przez królika i jego znajomych. Tortu wartego przynajmniej kilkanaście milionów złotych.

Konkurencja nie śpi

Firmy związane z H.S. złożyły oferty i… wygrały. Co prawda nie 100% tortu, ale aż 80% (KDS – 2 rejony, Luktrans – 2 rejony, Alkom Sp. z o.o. – 2 rejony i Alkom Sp. z o.o. s.k. – 2 rejony). Kryterium oceny wniosków była najniższa cena. Wyniki ogłoszone zostały 17 grudnia 2012 r. i historia skończyłaby się szczęśliwie dla naszego bohatera, gdyby nie odwołanie złożone przez firmę Green QL Sp. z o.o., która również startowała w przetargu. Dołączyło się do niej jeszcze 5 innych firm. W uzasadnieniu odwołania podniesiona była następująca kwestia: „Czy wykonawca, który udostępnia w postępowaniu przetargowym wiedzę i doświadczenie, potencjał techniczny, personalny i zdolności finansowe innemu podmiotowi, może korzystać z tych zasobów biorąc udział w tym samym postępowaniu i składając niezależną ofertę?”. ZZM odwołanie uznał. Przytoczył nawet całą masę argumentów potwierdzających zasadność tego odwołania.

Dowody zmowy

Oto lista znaczniejszych nieprawidłowości zauważonych przez ZZM dopiero po odwołaniu złożonym przez Green QL:
  • Firmy były powiązane gospodarczo: kapitałowo i personalnie.
  • Część firm miała taki sam adres siedziby, numery faksów, nazwy domenowe serwera poczty elektronicznej (…@alkom.pl).
  • W ofertach i kosztorysach składanych przez „różne” podmioty były popełniane dokładnie takie same błędy rachunkowe (łącznie z błędnie wyliczaną kwotą podatku VAT – od kwoty brutto zamiast od kwoty netto).
  • Na dokumentach widniał ten sam charakter pisma.
  • Zaproponowane ceny były identyczne.
  • Ci sami ludzie byli wymieniani w wykazach osób, przy których udziale miało być realizowane zamówienie.
  • Gwarancja ubezpieczeniowa zapłaty wadium została wykupiona w tej samej firmie ubezpieczeniowej, praktycznie w tym samym czasie.
  • Oferty firm powiązanych z H.S. były tak złożone, aby nie dochodziło między nimi do „konkurencji wewnętrznej”, czyli w jednym rejonie ofertę składała tylko jedna z firm powiązanych z H.S.
ZZM usprawiedliwiał się, że dopuścił do rozstrzygnięcia przetargu niezgodnego z Prawem zamówień publicznych, ponieważ „kosztorysy ofertowe wykonawców sprawdzane były (…) przez poszczególnych członków komisji przetargowej”. Czyli ani jedna osoba w ZZM nie skontrolowała wszystkich ofert. Nikt też nie sprawdził jakie firmy wygrały przetargi we wszystkich 10 rejonach. Na pewno? W późniejszym piśmie, Krajowa Izba Odwoławcza zwróciła uwagę, że „jednym z podstawowych obowiązków zamawiającego (w tym przypadku ZZM – przyp. aut.) na etapie badania i oceny ofert jest podjęcie działań zmierzających do ustalenia czy złożenie oferty/ofert nie stanowi czynu nieuczciwej konkurencji”. Czyli ZZM nie wywiązał się w tym przypadku ze swojego obowiązku, skoro tak oczywistych nieprawidłowości w porę nie wykrył.

W zaparte

Mimo iż wykazano, że doszło do zmowy przetargowej, przez co należało unieważnić wyniki przetargu, H.S. sprzeciwił się temu, w związku z czym sprawa trafiła do Krajowej Izby Odwoławczej. Prezes Alkomu nie przeczył, że wcześniej wymienione fakty miały miejsce, ale zaprzeczył logicznemu wnioskowi, że do zmowy przetargowej doszło. To tak jakby twierdził, że po deszczu nie mają prawa występować kałuże. Jego determinacja jest zrozumiała – uwzględnienie odwołania automatycznie pozbawiało go 80% tortu, który już miał w garści, czyli zlecenia o wartości kilkunastu milionów złotych.

Jaki finał?

Krajowa Izba Odwoławcza podtrzymała decyzję odwołującą wyniki przetargu i stwierdziła, że celem działań podjętych przez firmy związane z prezesem Alkomu był „podział lokalnego rynku usług związanych z konserwacją i utrzymaniem zieleni miejskiej pomiędzy wykonawców ze sobą powiązanych, bądź ściśle ze sobą współpracujących”. Kosztami postępowania w wysokości 15.000 zł obciążone zostały firmy związane z kwestionującym odwołanie H.S. ZZM wydał decyzje o udzieleniu zamówienia dla kilku rejonów dopiero w połowie lutego b.r. Wygrały firmy nie związane z Alkomem. Sprawa ta nie została opisana do tej pory w żadnych mediach. Pytanie, czy ZZM będzie teraz lepiej wywiązywać się ze swoich obowiązków?

Artykuł ukazał się na stronie www.BLUBRY.pl.
http://www.blubry.pl/z-poznania/o-ma%C5%82o-co-nie-zgarn%C4%99li-kilkanastu-milion%C3%B3w-z%C5%82otych

poniedziałek, 6 maja 2013

Majówkowe "społeczne" atrakcje

Poznaniacy się postarali – w długi majowy weekend nie zabrakło w naszym mieście atrakcji. Jeśli ktoś wyjechał z Poznania, niech żałuje. Najbardziej cieszą inicjatywy wspólnot lokalnych. To dobry znak – mieszkańcy przejmują inicjatywę i coraz bardziej angażują się w mniejsze i większe przedsięwzięcia. Społeczeństwo obywatelskie? Oto kilka inicjatyw.
 

Winiarnia „Pod Czarnym Kotem” zorganizowała u zbiegu ulic Marcelińskiej i Wolsztyńskiej biesiadę z 50-metrowym stołem. Były ciasta, sałatki, muzyka, a najważniejsze, że przyszli ludzie – okoliczni mieszkańcy. Więcej informacji o tym fantastycznym wydarzeniu znajdziecie tutaj: http://www.lazarz.pl/?id=2&nr=5244&fb_source=message

Mieszkańcy i przedsiębiorcy z ulicy Gołębiej i Wrocławskiej zorganizowali zwiedzanie tych ulic razem z przewodnikiem, można było oglądać zabytkowe samochody, wystawiane były stare fotografie, warsztaty dla dzieci w pracowni ceramiki, można było wysłuchać koncertu organowego w Farze. Zdjęcia możecie obejrzeć tu: https://www.facebook.com/media/set/?set=a.370178959766737.1073741825.336...

Z innych inicjatyw warto jeszcze wspomnieć o Majówce w Botaniku, a to z tego względu, że prócz takich instytucji jak UAM czy Hospicjum „Palium” do akcji włączyły się również zespoły muzyczne, chór i artyści muzycy. Były również wykłady, pokaz fotografii, pokazy dogo- i hipoterapii, pokazy Tai Chi, a nawet kiermasz, na którym można było zakupić rośliny. Program imprezy dostępny tutaj: http://www.ogrod.edu.pl/aktualnosci/majowka_2013.php

Artykuł ukazał się na stronie www.BLUBRY.pl.
http://www.blubry.pl/z-poznania/maj%C3%B3wkowe-%E2%80%9Espo%C5%82eczne%E2%80%9D-atrakcje

sobota, 4 maja 2013

O emocjach w języku - wykład prof. Zoltana Kovecesa

Wypełniają nas niczym płyn wypełnia pojemnik, są jak ciepło, niekiedy wręcz fizycznie je odczuwamy, rządzą nami, tkwią wewnątrz nas jak uwięzione zwierzę – takim metaforycznym opisem posłużył się profesor Zoltan Kovecses, objaśniając czym są emocje. Przybył on do Poznania w ramach programu „Akademicki i naukowy Poznań”. Wykład odbył się w sobotę (4 maja) w Collegium Novum UAM.
 

Profesor Kovecses jest światowej sławy naukowcem, który interesuje się m.in. zagadnieniem przedstawiania emocji w języku. Sławę przyniosły mu jego badania nad metaforą i metonimią. Okazuje się, że te pojęcia nie są charakterystyczne wyłącznie dla języka poetyckiego, ale że nasz zwykły język jest nimi przesiąknięty, tylko na co dzień tego nie zauważamy. Pojęcia metafory i metonimii interesujące są również dla specjalistów z innych dziedzin, choćby psychologów lub marketingowców, a szczególnie dla tłumaczy, którzy wysilają się, aby jak najwierniej przełożyć tekst z jednego języka na drugi. W polskim przekładzie ukazała się jego książka pt. „Język, umysł i kultura: praktyczne wprowadzenie”.

Kovecses jest Węgrem, w latach 1982/83 pracował na Uniwersytecie Kalifornijskim w Berkeley. Współpracował również z Uniwersytetem Newada w Las Vegas, Uniwersytetem Massachusetts w Amherst, Uniwersytetem w Hamburgu, Uniwersytetem w Heidelbergu i oczywiście z Uniwersytetem im. Eotvosa Loranda w Budapeszcie. Mimo iż wykład profesora przypadł na długi weekend, to przybyło na niego wielu studentów, głównie z Wydziału Neofilologii. Były tam również „Poznańskie Blubry”.

Artykuł ukazał się na stronie www.BLUBRY.pl.
http://www.blubry.pl/z-poznania/o-emocjach-w-j%C4%99zyku-%E2%80%93-wyk%C5%82ad-prof-zoltana-kovecsesa

czwartek, 2 maja 2013

Flagi jak gorące bułeczki

„1. maja flagi wywieszają komuniści i euro entuzjaści. Od 2. maja flagują normalni ludzie” – powiedział żartem jeden z uczestników uroczystości na Placu Wolności. Patrząc na budynki mieszkalne poznaniaków można by odnieść wrażenie, że tych pierwszych i drugich zbyt wielu nie ma. Chyba sami harcerze, którzy rozdawali dziś flagi na Placu Wolności byli zaskoczeni zainteresowaniem ludzi, którzy przyszli na uroczystości.


Na schodach Arkadii przy Placu Wolności ustawiono doniczki z białymi i czerwonymi tulipanami, które po uroczystościach zostały rozdane. Grała orkiestra wojskowa, były przemówienia włodarzy oraz zrzut ulotek w ramach akcji „Orzeł może”. Dodatkową atrakcją był pokaz zabytkowych samochodów zorganizowany przez Automobilklub Wielkopolski. Szczególnym zainteresowaniem cieszył się żółto-czarny Rolls-Royce. Nie dziwimy się – wszak to barwy Blubry.pl.

Na budynkach instytucji publicznych flag nie zabrakło. Już kilka dni wcześniej biało-czerwono było na głównych ulicach, np. na Alejach Niepodległości. Harcerze rozdający flagi omal nie zostali stratowani przez chętnych. Należy wyciągnąć stąd wniosek, że 3. maja Poznań utonie we flagach. Oby.

Witaj maj, trzeci maj!

Artykuł ukazał się na stronie www.BLUBRY.pl.
http://www.blubry.pl/z-poznania/flagi-jak-gor%C4%85ce-bu%C5%82eczki